Melanie Klamann "12 miesięcy"

Siedzę skulona na ławce zielonej w parku, w grudniowy wieczór
Samotnie spoglądam na biały nieskazitelny śnieg, na cudowny puch.
Nie stać mnie na mrugnięcie oka, na jakikolwiek ruch.
Całe życie bym tak przesiedziała, wpatrzona w ludzkie szczęście.
Które egzystowało i kiełkowało dosłownie wszędzie.
Zapamiętałabym życie przez pryzmat ludzkiego do idealności dążenia.
Być może czasem bym powiedziała „dzień dobry” tak od niechcenia.
Jak automat uśmiechałabym się do duszy ludzkich pełnych sztuczności
Karmiących się kłamstwami, błędnym rozumieniem miłości
Wtedy nastałaby wiosna, ciepło spowiłoby wszystko wokoło
Kwiaty by zakwitły, drzewa obrodziły, ptaków śpiew brzmiałby tak wesoło
A ludzie znów obdarowywali mnie sztucznymi gestami życzliwości
W marzeniach obłudnych, pod wpływem ludzkiej chciwości
Obojętnie zmierzaliby do własnego świata, pozostawiając mnie samotnie.
W kwietniowe słoneczne popołudnie, które po zimie smakowało tak rozkosznie.
Zrobiło się tak przyjemnie ciepło, wraz z cieniem drzew na zielonej ławce
Przyglądałabym się pięknie życia, oraz słońcu, jego życiodajnej matce
Jak spowija swoje płodne dzieci w naturalnym swoim blasku
Na naturę, opiewaną śpiewem skowronków, nie potrzebujących poklasku
I znów na rozgoryczonych egoistycznych ludzi, mojego gatunku
zupełnie nie przypominających ludzi wolnych, z Bożego stworzenia malunku.
Potem w zachwycające jesiennie wieczory w ciepłej czerwieni tonacji i złocie
w zniecierpliwieniu marzyłabym o rezygnacji, poddaniu się, do domu powrocie
I znów nastałaby zima, a ja wciąż w parku na tej zielonej ławce
W końcu podszedł do mnie młody uśmiechnięty mężczyzna z gitarą.
Spytałby czy nie potrzeba mi towarzystwa, z sercem i wiarą
Zagrałby piosenkę o wolności i pięknie ludzkich uczuć, głównie miłości.
Wtedy wstałabym z ławki i wróciła do swojego domu na obrzeżach
Myślałabym o tym chłopaku co mnie uwolnił i tonęłabym w marzeniach.

poniedziałek, 21 czerwca 2010



"Shoot" Melanie Klamann

Zastrzel mnie, naciśnij spust, pozwól kuli płynąć
Patrz mi głęboko w oczy, nie pozwól jej mnie minąć
Traf mnie mocno, niech moje ciało zadrga jak struna
szarpnięta przez dłoń silną, nade mną bogini Fortuna
Los jest zmienny, po mym ciele płynie cierpka krew gorąca
Czysta, czerwona, metaliczna, jak ziemia miodem płynąca
Urodzajna, dostatnia, zaspokajająca, jak ta ulga nieprzebrana
Śmierć, ukojenie, czeluść świata która dotąd była nam nieznana
Jak z bólu umierać można, skoro jest się duchowo martwym?
Widzisz jednak ciałem nieśmiertelnym, w słowach zawartym
Z ust tych, którzy wciąż Cię wspominają, z łez tych co wciąż pamiętają.
Wiesz, że kochać Cię będą, pamiętać Twe życie, Twe słowa, Twe oblicze
Twoje uczynki, Twoją pomocną dłoń, palące się na grobie znicze
Twoje sukces, Serc pragnienia, rudawe pukle na skroniach
Twoją miłość, Twą namiętność, widok łez na złożonych dłoniach.
Nie pozwól im zapomnieć, jak słowa wplatałeś w cichy szept pamięci.

poniedziałek, 7 czerwca 2010

.... EL.

[Strasznie za tym tęsknię.
Tak sobie siedzę i myślę, a nie powinnam tego robić, powinnam zająć się czymś innym.
Czymś o wiele bardziej pożytecznym.
Aż mi się robi słabo, jak sobie pomyślę, że nazywam to marnowaniem czasu.
Bo mogłabym myśleć o Tobie cały czas.
Aż mam ochotę nie zgodzić się w stwierdzeniem " Za dobrych chłopców się wychodzi, skurwieli się kocha"
Bo to nie prawda.
Skurwiele, to zazwyczaj pewni siebie i przystojni mężczyźni, którzy z reguły nam imponują. Dlatego tak jest. Po prostu mamy na nich wieczną ochotę, a oni często pozostają niezdobyci ] <---- love that. ZJEB


Już kilka razy byłam pod wrażeniem różnych rzeczy, miejsc, zdarzeń.
Ale od dawna nie czułam się tak wolna jak podczas zachodu Słońca na bezludnej, całkowicie pustej plaży. Bez statków na horyzoncie, bez widocznych budynków, z lasem za mną, dymem z ogniska i śmiechem ludzi.
Po prostu liryczne cudo.

Nie wiem też w jaki sposób mój organizm zdołał pochłonąć tak dużą ilość alkoholu nie reagując na to w prawie żaden sposób. Zagadka.

poniedziałek, 10 maja 2010

photoblog.

http://www.photoblog.pl/oh0bergamot

wszystko co chciałabym powiedzieć, mieści się w Twoich oczach.
I tak nigdy nie będę Cię miała.
Fuck it so.

niedziela, 9 maja 2010




I mieć na wszystko wyjebane.
I liczyć tylko dni do końca.
do ciepła i beztroski.
to chwil słodkich, do chwil złości.
że za gorąco jest na dworze.
z aparatem w dłoni, podziwiam ciepłe morze.
I kochać chcę, tak ot, bez pamięci.
Tak, to mnie kręci.

wtorek, 4 maja 2010

HOOBASTANK - THE REASON




Jak człowiek siedzi i tak sobie myśli.
Że w zasadzie to niewiele z innym człowiekiem ma wspólnego.
Że tak na prawdę to nie ma NIC.
Czasem jedno miłe słowo, dobra rada, słodkie "dziękuję", zainteresowanie, racja, dają radość.
Ale tak na prawdę to tylko czysto człowieczy odruch.
Przyzwyczajenie, automatycznie wypływające z racji, że jesteśmy ludźmi.


Ale jesteś coś takiego, co sprawia, że i tak wierzę, że nie jest jak wyżej.
Bo coś się stało, coś dobrego się stało, kura zniosła złote jajko, ale jeszcze nic się z niego nie wykluło.

sobota, 24 kwietnia 2010

Już teraz jestem pewna.
Potrafię podnieść głowę, gdy wokół wieje silny wiatr i piaskiem sypie w oczy.
Gdy tak gładziłam ciepłe jeszcze wgniecenie profilu twojego ciała w pościeli
myślałam nad tym, czy już zaraz zacznie być chłodne, mniej widoczne, pocznie zanikać.
Aż w końcu już zupełnie go nie będzie.
Lecz po chwili wróciłeś, znów obok mnie się położyłeś i objąłeś mnie ramieniem.
przycisnąłeś mnie tak mocno, że obawiałam się podnieść głowę, by spojrzeć Ci w oczy.
Wtedy jednak, siłą woli, zdobyłam się na to, a Ty odgarnąwszy moje włosy z czoła, pocałowałeś mnie.
Twoje ciepłe wargi lekko przesuwały się po moich, a ja nawet nie wiedziałam ile przyjdzie mi potem znieść...
za tę jedną niezapomnianą chwilę przyjemności i zapomnienia.

czwartek, 22 kwietnia 2010





Chcę na Ciebie cały czas spoglądać i
pragnę stać za rogiem i za Tobą wyglądać.
Chcę rumieńcem się oblewać na widok Twej osoby
Chcę czuć ciepło i pełność miłosnej swobody.
Chcę Ciebie, wiem że los kuszę
Kochać Cię nie chcę, ale niestety muszę.


wtorek, 30 marca 2010

3 prawdy



Pierwsza prawda.


Stałam na skalistym brzegu.
Odziana w lekką błękitną jak morze szatę
W zakazanym byłam świecie, przerwałam kratę
Spoglądałam w otchłań ciemnych wód
Przepełnionych żarem czynów pełnych szkód
Podpłynąłeś do mnie przełamując wiatr
Skoczyłam za Tobą wiedząc że nie jesteś wart
Topiłam się, lecz zachłannie łykałam Cię wciąż.
Kąsiłeś boleśnie, jad tętnił w moich żyłach
Nie wiedziałam, że aż tak słaba byłam.


Druga prawda.

Z otchłani bezsensu wyłowił mnie ktoś
Kto beztroski w życiu był i miał to coś
W prostej głowie dziewczyny mocno zawrócił
Dwie potężne wartości w niej skłócił
Pożądanie które tak bardzo chciała zaspokoić
I pustkę po której ból pragnęła ukoić.
Jednak pożądanie z miłością równać się nie może
"związek" z nim szeroki i głęboki był jak morze
Dziękowała więc że tak szybko ją zostawił
Że jak dziecko ją porzucił, prawdę wyjawił.
Nie ma w życiu miejsca na niekończącą się grę
Stracona nadzieją, jedna w tą czy we w tę
Nie robi mi już różnicy.


Trzecia prawda.

Gdzieś wewnątrz Twojego ciała, została kropla
Tak drobna i mała co spływa ukradkiem po wszystkim
Wnet skapnie i dźwiękiem odbije się głośne echo.
Łza wylana za ludzi małostkowych i niekochających
Jest cierpka i gorzka jak niedojrzała cytryna.
Gdy słońce wzejdzie i oświetli wszystko wokół
Pozwoli kiełkować wszelkiemu życiu
Zło w dobro się zamieni
A gorycz w przyjemną słodycz.
Wtedy łza wylana smakować będzie inaczej.
W słusznym celu, za miłość prawdziwą.
Szczerą, wrażliwą, a przede wszystkim właściwą
Lecz zatem, ktoś powie, łez być nie powinno.
Pomyśl, jakbyś coś takiego znalazła a mieć nie mogła
Jedyna motywacją w życiu pielęgnowania
Byłaby śmierć która uniemożliwiłaby Ci
Nań spoglądania.

poniedziałek, 29 marca 2010

cz. 6 Brawura

Słońce wdzierało się do pokoju oświetlając moją bladą od zmęczenia twarz. Wzięłam głęboki wdech i wyciągnęłam się zrzucając z Siebie mój fioletowy szlafrok.
- Pakuj się szybciej młoda, bo Maciek i Tomek za chwilę będą po nas swoim samochodem.
- Jezu, spokojnie Dęba, nie muszę wcale brać tak dużo rzeczy na te 3 dni. Strój kąpielowy, dwa ręczniki, kosmetyki, spodenki, dwie koszulki....bluza....środek na komary...szorty do tenisa...krem z filtreeeeeem - wymieniałam pakując przed jego oczami wszystko do podręcznej sportowej torby. - 5 minut i jestem spakowana, tylko jeszcze szczoteczka, żel i krem do twarzy które muszę przecież jeszcze użyć hm?
Dęba stał oparty o framugę i przyglądał mi się strasznie gorliwie.
- Nie masz kaca? - spytał -
- Nie mam żadnego, nawet najmniejszego kaca.
- A moralnego? - spytał bez ogródek -
Uniosłam głowę i spojrzałam na niego wymownie.
- Uważasz że powinnam mieć?
Nie odpowiedział, tylko odwrócił się na pięcie i wymaszerował z mojego pokoju. Klapnęłam na łóżku i sięgnęłam po telefon komórkowy. Nie było od niego żadnej wiadomości, ale tym razem nie martwiłam się wcale. Wpadła mu wczoraj do morza i pewnie nie kupił sobie jeszcze nowej baterii. Wrzuciłam komórkę do torebki i poszłam do łazienki. Na twarzy miałam odciśniętą poduszkę, jednak uśmiechnęłam się radośnie do swojego odbicia. Nie starałam się nawet sama sobie wytłumaczyć o co mogło chodzić Dębie. Nie mógł wiedzieć nic o tym co się wczoraj stało. Swoje przemoczone ubrania i rozmazany makijaż wyjaśniłam tym, że po prostu dla zabawy wskoczyliśmy do wody, dobrze wiedziałam, że takie rzeczy nie były mojemu bratu obce, był bardziej walnięty niż ja więc nie wiedziałam co miał na myśli. Może chodziło to że zalana w rynsztok próbowałam wyłudzić od barmana darmowy kebab?
Związałam włosy w niechlujny kok, założyłam na nos moje czarne ray bany i zarzucając plecak na ramię zmaszerowałam pewnym krokiem na dół.
- Dobrze kochanie, zjedź coś, mam nadzieję że wzięłaś środek przed ugryzieniem i po ugryzieniu, bo komary strasznie uwielbiają Twoją słodką krew...
- A nie ma czegoś między ugryzieniami? - spytał tata, prawdopodobnie próbując być zabawnym. Posłałyśmy mu z mamą tylko krótkie znaczące spojrzenia -
- Nie tylko komary uwielbiają jej słodką krew - wtrącił mój brat pakując sobie do ust całą grzankę i zapijając kawą -
- Czy ty coś insynuujesz? - spytała mama dość kąśliwie -
- Nie, skąd - odpowiedział zadziwiająco przekonująco -
- Nie mówi się z pełnymi ustami - skwitowałam biorąc porządny łyk kawy -
Spoglądałam na niego ukradkiem starając się dociec, o co do diabła mu chodzi. Nie chciałam nawet o tym myśleć, jakikolwiek miał wobec mojej osoby problem, nic nie było w stanie zepsuć mi humoru. On zresztą zawsze miał problem, jak przeładowana hormonami kobieta w średnim wieku. Gdy schodziliśmy na dół po schodach a po klatce niósł się odór zdechłego psa, zauważyłam na zewnątrz czarnego Rolce Roysa. Pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy to "O mój Boże, skąd oni do diabła się wzięli i skąd mają ten samochód?" jednak szybko została zastąpiona inną, o wiele bardziej zadziwiającą myślą. Była tak niepokojąca, że musiałam na chwilę przystanąć i to już na parterze. Gdy Dęba otworzył drzwi klatki, ujrzałam opartego o samochód Matiego popijającego colę z puszki. Serce nagle mocniej mi zabiło gdy Dęba się odwrócił i spojrzał na mnie wzrokiem w stylu "co tak stoisz jak totalna kretynka?".
Być może dlatego, że nią jestem.
100 % kretynki.
A więc o to mu chodziło? O Matiego. Ale......
- Siema - rzucił Mati, gdy stanęłam na przeciwko niego. Nie miałam innego wyboru. Dęba dość wyraźnie dał mi do zrozumienia, że ma wsiąść natychmiast do samochodu, a on stał niedaleko tylnych drzwi.
- Hej - uśmiechnęłam się dość sztucznie -
Odsunął się żebym mogła przejść a gdy próbowałam wykonać manewr wyminięcia między nim a lusterkiem samochodu stojącego obok niechcący musnęłam swoim ramieniem, jego ramię. Ciarki przeszły mnie od stóp do głów i poczułam niewyobrażalną ulgę, gdy wsiadłam do przyjemnie klimatyzowanego, niezwykle ekskluzywnego i pachnącego skórą Rolce Roisa.
- Witaj młoda - rzucił jeden z bliźniaków siedzący za kierownicą. Przeglądał się w przednim lusterku poprawiając spoczywające na jego nosie ciemne okulary.
- No siema siema - odparłam nie wiedząc dokładnie czy zwracam się do Maćka czy do Tomka.
Gdy się odwróciłam ujrzałam drzemiącą na tylnym siedzeniu Natalię. Mój szok nie miał granic. Co ona tu do diabła robiła
- Natalia? - rzuciłam jakby sama do Siebie -
- No Natalia, to takie dziwne? - odparł drugi z braci -
- Trochę....? - odparłam -
- Jesteśmy przecież parą od jakiegoś tygodnia - powiedział odwracając się w moją stronę -
Spojrzałam na Natalię. Była blada jak ściana i spała śliniąc się obficie. Jak mogłam nie wiedzieć? Jak mogła mi nie powiedzieć?
- Ale...jak to możliwe?
- No normalnie.
- Spotyka się jeden ludź i spotyka się drugi ludź a jak oboje się lubią, to jeden ludź z drugim ludziem zaczynają spędzać coraz więcej czasu aż w końcu jeden ludź nazwie to związkiem...
- Rozumiem - przerwałam mu - To Ty jesteś tym przystojnym brunetem o którym mi opowiadała? - spytałam -
- Właśnie -
Uśmiechnęłam się sama do Siebie i oparłam głowę o oparcie. W jednej chwili mój nastrój uległ jednak ponownej destrukcji gdy zaczęłam się zastanawiać nad tym, że skoro dwa miejsca z przodu są zajęte, to Dęba i Mati będą musieli usiąść ze mną z tyłu. A może pójdą piechotą? Albo....posiedzą sobie w bagażniku? Moje wszelkie nadzieje zostały rozwiane, gdy Mati z wielkim impetem otworzył drzwi i dał mi znak ręką, żebym się posunęła trochę w stronę Natalii. Wzięłam, głęboki wdech i bez najmniejszego sprzeciwu ruszyłam swój żałosny tyłek o dwa siedzenia w lewo. Jeden z bliźniaków puścił słodką muzykę pop a ja nie kontrolując własnych myśli nie próbowałam się nawet opierać narastającym uczuciom. Przez moją głowę przewijały się retrospekcje z wczorajszego dnia. Ta rozkosz, ta radość...niewyobrażalna euforia która była wprost nie do ogarnięcia. Nie potrafiłam nawet pokazać jaka szczęśliwa w głębi duszy byłam, gdyż widziałam odbicie Matiego w przednim lusterku, cały czas czułam jego zapach i słuchałam jego głosu tak zimnego i obojętnego, tych słów rzucanych w moją stronę jak brzytwy i nie kończących się aluzji. Wolałam zatem już nie wcinać się do rozmowy więcej i oparłam się o śpiącą jak kamień Sikorę. Musiała wczoraj ostro zabalować.
Nie potrafiłam jednak jechać w milczeniu, musiałam poprosić o otwarcie okna. Chłodny strumień powietrza wdarł się do samochodu i delikatnie zawiał mi w twarz, lecz wraz z nim do środka dostała się wielka osa, albo pszczoła. To wielkie bydle zrobiło takie zamieszanie, że aż musieliśmy się zatrzymać na poboczu.
- Weź tego potwora wypieprz stąd tą gazetą!!
- Ok wszyscy wysiadamy i otwieramy wszystkie okna i drzwi, może wyleci - zaproponował Mati - UWAŻAJ DO CHOLERY!! - krzyknął Tomek, gdy Dęba otwierał swoje drzwi od strony jezdni - To jebane czinkłoczento mogło odrąbać mi drzwi!
Dęba stał przez chwilę jak osłupiały. Wyglądał jak naćpany, jak odurzony potwornym gorącem w którym nawet asfalt zdawał się topić, a maska samochodu zdawała się płonąć.
- Jak zwykle, zawsze musisz coś spieprzyć - walnął jakby do Siebie -
- O czym Ty mówisz? - odparł Maciek -
- Jak to o czym? Gdybyśmy nie otwierali tego cholernego okna...
- Sugerujesz, że to moja wina? - zwróciłam się do niego -
- A czyja? - odparł od niechcenia ładując się z powrotem do samochodu. - wyleciała już.
- Możesz dać spokój? To nie jest niczyja wina, to tylko pszczoła! Wyleciała i po problemie. To nie była jej wina, więc przestańcie się kłócić - odparł Mati siadając na swoje poprzednie miejsce. -
- Ty to mówisz? - powiedział nad wyraz cicho -
Spuściłam głowę i resztę drogi siedziałam, udając że czytam Joy'a.
Gdy jechaliśmy jakąś leśną drogą, między wzniosłymi sosnami uśmiechnęłam się lekko. Było tutaj tak przyjemnie chłodno, tak cicho, tak niesamowicie spokojnie. Jednak, gdy dojechaliśmy na miejsce kurortu wypoczynkowego "Słoneczko" radosny pisk dzieci, zapach smażonej na grillu kiełbasy i starego oleju z frytkownicy zdawał się przejmować kontrolę nad pierwotnym zapachem lasu. Podążaliśmy za kierownikiem kurortu krętą ścieżką między uroczymi drewnianymi domkami letniskowymi i doszliśmy wreszcie na pole campingowe, na którym z daleka rozpoznałam już Adę i Oliwię, które usiłowały przymocować namiot do podłoża. Drobne rączki Oliwi nie były w stanie wbić gwoździ w nad wyraz suche, zasypana igłami i szyszkami podłoże.Pozostawiliśmy na razie Natalię śpiącą w zaparkowanym w cieniu samochodzie a kierownika kurortu odesłaliśmy z propozycją późniejszego załatwienia formalności.
- Mels! -
Leoś, Marcin, Michał , Krzysztof i Andrzej już dawno rozbili swój namiot i siedzieli na leżakach w strojach kąpielowych. Nie zdawali sobie nawet sprawy z mojej radości spowodowanej ich obecnością.
- Nie pomożecie im? Pff dżentelmeni - powiedziałam -
- Nakrzyczały na nas i powiedziały, że same sobie świetnie poradzą, więc nie chcieliśmy się za nadto narzucać! - odparł Krzysztof -
- Tak, no tak, to takie oczywiste - odparłam -
Tomek I Mati w mig zabrali się do rozkładania swojego namiotu, ja podążyłam w kierunku dziewczyn by pomóc przy naszym, trzy-osobowym namiocie.
- A gdzie Konrad? - spytałam nieco niepewnie. Kąciki moich ust wygięły się w nienaturalnym uśmiechu -
- Emmm z tego co mówili chłopacy miał coś do załatwienia i powiedział że dojedzie nieco później na własną rękę. Nie mam pojęcia jak on chce dojechać czymkolwiek sam na to cholerne zadupie.
- Ostróda to wcale nie takie zadupie - powiedziała Oli.
- No na pewno - odparłam z udawaną obojętnością -
- I namiot fertig !! - powiedziała Oli -
- Wygląda cudownie - odparł Andrzej -
- Wylałyśmy pot, krew i łzy w to żeby .... stał jak stoi. - powiedziała Ada -
Chłopacy zaśmiali się teatralnie. Poczęłam rozglądać się po całym kurorcie, zwracając szczególną uwagę na zatłoczone przez dzieci, stare dziadki z obwisłymi brzuchami i cyckami i matki goniące swoje pociechy, kąpielisko. Niedaleko mostu ujrzałam Matiego który wychodzi z wody. Otrzepał rękoma włosy i począł iść w moim kierunku. Zdębiałam absolutnie gdy stanął zaraz na przeciwko oddychając ciężko.Krople wody kapały mi z nosa i włosów na moje nogi. Uśmiechnął się szeroko wytrzeszczając rządek idealnie białych ząbków. Jego oczy z barwy szarej zmieniły się w pastelowo niebieskie.
- Idziesz ze mną?

niedziela, 28 marca 2010



Najpierw mówiłeś jak cudnie wypełniam pustkę. Mówiłeś
jak niewiarygodnie dobrze się ze mną spędza czas.
Chciałam być taka jak Ty mnie widziałeś ....




...potem w myślach układałam sobie sen, który wykreowałeś.
On nie chciał się ziścić.





Teraz uśmiecham się na samą myśl, że byłeś tu kiedyś.
Może byłeś głupkiem, chamem, prostakiem.
Ale dzięki Tobie wiem, czego powinnam unikać. ;)

PIERWSZA część opowiadania została zakończona.....

.....trwają prace nad częścią drugą !!! ;D

M.K.
Z dedykacją dla Pani profesor Ćwiklak, coś o bezradności człowieka w przemijaniu. ; )

To nigdy nie mija.
Ta uczucie i ta chwila.
W brzasku poranka gdy wstajesz
W popołudnie gdy myślami odlatujesz
Wieczorami gdy nad sobą samym rozmyślasz
W nocy gdy po twarzy spływa łza krystaliczna
W myślach twych, a ilość ich tak liczna
Nie dostrzegasz innych radości
Nie dostrzegasz pokrzepiających wartości
Czujesz jedynie własnego serca bicie
Powiedz, o czym marzysz tak skrycie?
Bo to uczucie nigdy nie mija.
Nie mija także zapamiętana chwila
Gdy palcami po ustach twych wodziłam zachłannie
Gdy starałam się oddać moje uczucia tak dokładnie
Gdy spoglądałeś z iskierką w twych zielonych oczach
Zrobiłabym wszystko, gdybyś tylko wydał taki rozkaz
Jednak zrezygnowałeś ze mnie i z mego oddania
Kajałabym się przed diabłem, podjęłabym się każdego zadania
Nawet gdybym samą siebie pogrążyć w wiecznym bólu miała.
Grzesznicą, wzgardzonym aniołem bym się może stała
Lecz moja drobna dłoń w uścisku Twoją by chwytała
Gdybyś tylko wiedział ile jesteś dla mnie wart
Jak uratowane życie dla lekarza, jak dla pirata skarb
Pisałam swoje życie, rzecz można starannie
Jednak treść jaką w nim zawarłam, wyszła ona marnie
W zdaniu w którym wychwalałam miłość nad wiarę w Boga
Zapomniałam dodać Ciebie, nie tędy podążała moja życia droga
Chciałam z wygody usunąć Cię z mojej rozmarzonej głowy
Teraz gdy już świadomość moja wróciła do normalności
Zdałam sobie nagle sprawę, pogrążając się w żalu i złości
Że to uczucie nigdy nie mija
Podobnie jak nasza wspólna zapamiętana chwila.

środa, 17 marca 2010

cz.5 Akt

Świat się kręcił jak w pralce na funkcji "wirowanie". Siedziałam przy barze i ostentacyjnie flirtowałam z Matim, obserwując kątem oka zachowanie Konrada. Schlebiało mi strasznie, że jego twarz wyrażała niezaprzeczalną zazdrość. Moja pomyłka i złe zrozumienie całej zaistniałej jakieś dwie godziny temu sytuacji wyszła mi na dobre. Ona nie była jego dziewczyną, była tylko jego słodką kuzynką. Cóż niech uprawiają zatem nierząd i kazirodztwo. Odurzona przesłodką wonią malinowego soku do piwa i morską solą starałam sie wyprzeć z wyobraźni jakąkolwiek chęć na zrobienie czegoś wykraczającego za prawo. Ujrzałam przed sobą pusty stół nie zastawiony przez żadne kubki po piwie. Serce zaczęło mi walić napędzane potężną dawką adrenaliny i promilami. Uśmiechnęłam się porozumiewawczo do Matiego i odszukałam w najbliższym tłumie moją przyjaciółkę Natalię i pociągnęłam ją za rękaw bawełnianej, błękitnej sukienki. Wskoczyłam na ławkę a następnie na pusty stół. Zachwiałam się niebezpiecznie, jednak Natalia zanosząc się od śmiechu podtrzymała mnie od tyłu rękoma. Szturnęłam ją zachęcająco biodrem a powietrze przecięły słodkie arabskie rytmy arasha. Zaczęłam rytmicznie poruszać całym ciałem ponętnie zwracając swoją posturę w kierunku Matiego, który wraz z moim bratem i dwoma bliźniaczymi brunetami podszedł do stołu. Dęba zaczął klaskać i chyba pierwszy raz w życiu odczułam między nami pewną rodzinną więź o ile coś takiego mogło w ogóle między nami egzystować.
- To jest moja siostra, nie dotykać! - powiedział do jakiegoś krótko obciętego, wysokiego chłopaka.
- To jest Leoś, Dęba - próbowała przekrzyczeć muzykę -
Uśmiechnęłam się do niego szeroko i z przerażeniem zauważyłam że Konrad, pewnym aczkolwiek lekko chwiejnym krokiem zmierza w naszym kierunku. Poczułam jak wydzielany w moim organiźmie w z byt dużych ilościach estrogen paraliżuje dolną, rozrodczą część mojego ciała. Ciarki przeszły mnie od góry do dołu, gdy nagle znalazł się obok mnie na drewnianym stole. Poczułam tak dobrze mi znany, intensywnie słodki zapach. Jego oddech przypominający opary z gorzelni muskał delikatnie moją szyję. Na lekko odsłoniętych biodrach poczułam jego ciepłe i mokre dłonie. Rozchyliłam usta i łamiąc wszelkie prawa fizyczne, jogi czy też kamasutry tańczyliśmy na stole. Wszystkich oczy zwrócone były na nas, wszystkich myśli sprowadzały się do nas, jednak niczyja świadomość, moja tym bardziej nie była w stanie wychwycić czy to wszystko co się działo, miało na prawdę miejsce. Wdech, wydech, wdech wydech. Nie potrafiłam opanować tak prostej fizjologicznej czynności. Podniecenie, pożądanie, uczucie niedosytu, wciąż wzmagające wewnętrzne napięcie nie dawały mi żyć. Odwróciłam się do niego przodem i spojrzałam w jego opanowane, ogniste spojrzenie. Byłam bliska omdlenia, nogi się pode mną ugięły jednak nie upadłam kolanami na stół. Konrad pomógł mi zejść z stołu i przeciskając się przez tłum, wyprowadził mnie na zewnątrz dusznego pomieszczenia.
- Już wszystko w porządku? - wzięłam głęboki wdech, czystego, lekko chłodnego powietrza.
- Tak, w jak najlepszym - odparłam od razu -
Słyszałam, dokładnie słyszałam jak bije jego serce.
- Może się przejdziemy, żebyś się dotleniła?
Spojrzałam na niego i nie byłam w stanie nic powiedzieć. Po prostu się w niego wpatrywałam, jak w święty obrazek. I nagle się stało. Poczułam jego ciepłe usta na swoich. Położyłam się całkowicie na piasku, a jego ciało szczelnie przyległo do mojego. Całowałam go tak gorliwie, że nie byłam nawet w stanie złapać oddechu. W jednej chwili dźwignął mnie z piasku. Ciągnął mnie za sobą, co chwila całując w kierunku ciemnej otchłani plaży. Gdy tak dreptałam za nim, nie orientując się zupełnie w czasie i przestrzeni nie zauważyłam nawet kiedy stałam w ciepłej Bałtyckiej wodzie aż do kolan. Jego lekko zmoczona koszula przykleiła się do jego idealnego opalonego ciała. Zaczęłam powoli rozpinać guzik za guzikiem patrząc mu głęboko w oczy. Przejechałam wilgotną dłonią po jego nagim torsie. Wplotłam palce w jego zmierzwione kręcone włosy i pozwoliłam mu badać moje nagie muskane przez delikatne fale spokojnego, chłodnego morza. Pamiętam jedynie niezdatną do opisania rozkosz. Jak dwa połączone w akcie oddania samotne żaglowce dryfowaliśmy po morzu. A mówią, że pływanie po pijaku jest .... niebezpieczne. Nie wiedziałam wtedy nawet, jak bardzo.

niedziela, 14 marca 2010

cz.4 Absurd

- DOŚĆ DOŚĆ DOŚĆ DOŚĆ MELANIE ELISABETH AMELIA KLAMANN GDZIE JESTEŚ? GDZIE SIĘ UKRYWASZ TAM W ŚRODKU?!
Siedziałam skulona w toalecie w barze Kontrast, położonym niedaleko plaży i spoglądałam w swoje odbicie w lustrze. Zapłakana twarz, blada, i te intensywnie niebieskie oczy podrażnione przez słone i cierpkie łzy.
- Kim jesteś? Nie poznaję Cię? Zawsze byłaś niezależna, twarda i pokazywałaś wszystkim, że życie współgra z Tobą a nie Ty próbujesz za nim nadążać. Nie pozwól sobie samej w siebie zwątpić. Bądź sobą.
- A może taka jestem?
- Nie jesteś. Cierpisz, ale nie pozwolisz, żeby inni widzieli w Tobie słabe porzucone szczenię. Taka jesteś.
Przymknęłam oczy i wzięłam z jej dłoni chusteczkę do demakijażu którą mi podsunęła. Starłam tusz, który wąskim strumieniem z łzami dopłynął aż do szyi i oparłszy się o marmurową obudowę zlewu pozwoliłam Mirce poprawić sobie makijaż. Uśmiechnęła się do mnie ciepło i podała mi otwartą już butelkę wiśniówki.
- Za chwilę zacznie się otwarte beach party. Łyknij sobie porządnie, to łatwiej przyjdzie wszystko, hm?
Złapałam bez namysły za butelkę i wzięłam porządny łyk, a potem kolejny i znów kolejny.
- Lepiej - odparłam - ale jestem potwornie głodna - dodałam.
Do moich uszu dotarła dzika muzyka z reklamówki TVN-u. Uśmiechnęłam się sama do Siebie i zdałam sobie sprawę, że Mirka miała rację. Musiałam spuścić z smyczy swoją niezależność i dać ponieść się dzisiejszemu wieczorowi. Potrafiłam uwodzić, dobrze zdawałam sobie z tego sprawę, więc postanowiłam z efektem czy i bez zrobić to co zwykle robiłam na takich imprezach.
- Wiesz, że Cię kocham. Podejrzewałam, że Twój stan depresyjny nie pozwoli Ci myśleć o dzisiejszym wieczorze, więc wzięłam dla Ciebie bluzkę z wielkim dekoltem, No już, wypełznij z tych ciuchów.
Dziewczyny które malowały się obok nas spojrzały na mnie znacząco odrywając swoje plastikowe twarzy od lustra, a ja nie dbając o nic zrzuciłam bluzę i t-shert który miałam pod spodem i włożyłam obcisłą czarną bluzkę obszytą przy dekolcie koronką, którą dała mi Mirka i przejrzałam się w lustrze.
- Ciśniemy - rzuciłam jakby sama do Siebie i wybiegłam z łazienki.
Zadziwiające jak szybko można zmienić tryb z skrajnego upadku i nagłego spadku samooceny na nagły szczyt emocjonalny z lekką dozą pragnienia seksualnego. Uwielbiałam ten stan upojenia alkoholowego, który niejako przejmował kontrolę nad samopoczuciem i emocjami, ale wykluczał chęć zwymiotowana spożytego w ostatnim tygodniu pokarmu.
- No witaj - rzucił Leoś - ekspresowa przeróbka? - spytał lustrując mnie od góry do dołu - użyłaś soczewek, czy naćpałyście się czegoś?
- A skąd to pytanie? -
- Masz wściekle niebieskie, zaczerwienione oczy - odparł -
- Nie, nic jeszcze nie ćpałyśmy.
Rozejrzałam się po ogromnej sali w żeglarskim stylu i oparłam się o prowizoryczną, metalową kotwicę. Wzięłam głęboki wdech i zaczęłam się śmiać. Mirka stała lekko przerażona moją paranoiczną zmianą nastroju i próbowała wyhaczyć wzrokiem jeszcze kogoś z naszych znajomych. Oliwia Ada i Zuzia jak zwykle siedziały przy jednym z stolików żłopiąc piwo i paląc kolejną fajkę. Przy barze oparta o starą beczkę stała także Karolina, pewnie czekała na Krzyśka, którego z resztą nigdzie nie dostrzegałam. Jej mina była tak satysfakcjonująco zdołowana, Że gdy tylko podniosła wzrok i przyuważyła moje spojrzenie, uśmiechnęłam się do niej jak najszerzej mogłam.
- Co się tak szczerzysz? - usłyszałam nagle znajomy mi głos za moimi plecami -
- O hej Dęba - rzuciłam. Zawiesiłam wzrok na jego nagim torsie - Kim jesteś, nieznajomy? Aby na pewno jesteś moim bratem? - spytałam -
- Widzę, że humorek masz już lepszy - odparł - to są moi kumple, chcieli poznać wreszcie moją siostrę.
Dopiero teraz zauważyłam że stało z nim trzech chłopaków. Poczęłam przyglądać im się gorliwie, aż sama się w duchu skarciłam, że robię to z taką pewnością siebie.
- To jest Mati - powiedział wskazując na wysokiego blondyna o szarych oczach - To jest Maciek i Tomek - dodał wskazując na dwóch uroczych, a jakże bardzo do Siebie podobnych dwóch brunetów o bardzoooo ciemnych oczach. Moja wyobraźnia od razu próbowała porównać ich do pewnego innego osobnika płci męskiej, wiec szybko odwróciłam wzrok na Matiego.
- Miło was poznać, jestem Melanie, siostra Dęby, rzecz jasna - odparłam podając każdemu z osobna dłoń -
Cała trójka wyszczerzyła zęby w szerokim uśmiechu. Byli tak słodcy że aż zrobiło mi się niedobrze.
- A to jest moja przyjaciółka Mirka - dodałam po chwili by przerwać ciszę i wskazałam na wysoką, przesadnie chudą blondynkę stojącą jak wryta obok mnie -
Albo byli tak przystojni że jej organizm zaprzestał jakichkolwiek czynności fizjologicznych, albo też za mało wypiła. Poczęłam się martwić, czy aby na pewno oddycha.
- Może zatańczymy? - spytał Mati, za pewne zachęcony moim wbitym w niego wzrokiem. Podałam mu ochoczo dłoń i uśmiechnęłam się do Mirki. Podążyliśmy na parkiet pewnym krokiem. Moje biodra, jakby wypuszczone z klatki zaczęły się kołysać w rytm latynoskich rytmów. Odwróciłam się do niego tyłem pocierając plecami o nagi wyrzeźbiony tors. Jego dłonie tak delikatnie spoczęły na moich biodrach zniżając się coraz niżej. Wędrowały po całej mojej sylwetce, a jego zapach, połączony z morską wodą i piżmem sprawiły że nie odczuwałam już żadnych najmniejszych hamulców. Przymknęłam delikatnie powieki i wyciągnęłam do tyłu ręce wplatając palce w jego jeszcze wilgotne włosy. Muzyka wypełniała każdą najmniejszą lukę w moim sercu, lukę w moim systemie wartości, w moich emocjach w mojej głowie, która teraz pragnęła po prostu bliskości. Gdy otworzyłam oczy ujrzałam jak Mirka tańczy z moim bratem. Uśmiechnęłam się sama do Siebie po czym zauważyłam że Karolina razem z Krzyśkiem strasznie gorliwie nam się przyglądają. Muzyka ściszyła, zmienił się kawałek. Poczułam się, jakby ktoś żywcem wyrwał mnie z dziwnie pięknego snu, jednak Mati wsadził sobie moją rękę pod swoją i począł ciągnąć w kierunku baru.
- Chodź, tam ten brunet to mój kuzyn a ta blondynka obok to moja siostra. Napijemy się z nimi, co Ty na to?
Zapragnęłam teraz, żeby powiedział, że sobie żartuje. Spojrzałam w oczy Krzyśka i dostrzegłam w nich tak zimną obojętność, że chyba przez następne 20 sekund próbowałam sobie przypomnieć, jak ja właściwie mam na imię?

wtorek, 9 marca 2010

cz.3 Akacja

Siedziałam w domu wpatrzona w zabrudzoną szybę mojego pokoju, z którego widać było tylko piękną, wiekową akację, która przeżyła, widziała i zachowała już tyle historii w bólu i szczęściu. Siedziałam tak w nią wpatrzona, przywołując wspomnienia z beztroskiego dzieciństwa i piłam powoli herbatę z świeżo ususzonych jabłek malin i róży. Lubiłam tą herbatę. Miała dziki czerwony kolor, zawsze pachniała tak wyjątkowo kusząco. Ciągnęła mnie do Siebie i była to w zasadzie jedyna taka rzecz, która przy tym nie mogła mnie zranić, no chyba że poparzyć w język. Ten letni wieczór był wyjątkowo spokojny, niebo przybierało już różowego odcienia a chowające się za wzgórzem pomarańczowe słońce nadawało tej chwili ten specyficzny klimat. Z głośników mojego komputera rozbrzmiewał kolejny smętny kawałek, który mimo tego, że potwornie mnie drażnił, sprawiał że przynajmniej nie było potrzeby zmuszać się do płaczu, łzy same z siebie płynęły. Nie wiem co działo się w tej chwili w otaczającym mnie świecie. Trzeci, kolejny dzień z rzędu zamknęłam się w swoim pokoju przypominającym tramwaj i dusiłam swój smutek z nadzieją, że może wreszcie wyzionie ducha, jednak on rósł z każdą chwilą samotności, a ja już nie miałam sił by jakkolwiek go hamować. Wcisnęłam kit, że jadę do babci, być może to był błąd, gdyż parę osób próbując się ze mną skontaktować dowiedziało się o prawdziwym miejscu mojego pobytu i jak słusznie można wywnioskować, także powodu dla którego tu siedzę. Nie mogłam się przyzwyczaić, że niczego nie zdołam ukryć przed światem, szczególnie cierpienia, z którym, tak jak z wódką, nie jest w stanie wygrać żaden człowiek. Dlaczego akurat musiałam polec w walce z obojgiem na raz?
Spoglądałam przez okno, gdzie dostrzegłam kobietę, przeciętnie ubraną z włosami zwiniętymi w kucyk. Znałam ją bardzo dobrze. Codziennie o tej porze wychodziła z psem na spacer i mijała mój blok podczas stałej codziennie trasy. Mieszkała sama, w bloku obok, w kawalerce na pierwszym piętrze. Nie znałam jej, nie miałam przyjemności z nią kiedykolwiek porozmawiać, ale od kiedy pamiętam, zawsze zastanawiałam się, czy ona jest sama? Sama pod względem duchowym, sama pod względem fizycznym, sama pod względem rodziny, po prostu samotna. Rzadko kiedy zdołałam zauważyć, by ktokolwiek do niej wpadał z wizytą, a takowa rzecz byłaby łatwa do zaobserwowania biorąc pod uwagę, że okno jej salonu, zasłonięte skąpą firanką wychodziło prosto na chodnik. A mimo wszystko śmiała się i bawiła z swoim starym już psem. Na myśl o tym, jakby się czuła, gdyby zdechł, przeszły mnie ciarki. Ta chwila która pozwoliła mi się skupić na czymś innym, stała się tak bezcenna, że zaczęły mnie nachodzić druzgoczące myśli, że być może ja też stanę się niedługo taka samotna, albo co gorsza, oswoję się z samotnością. Dzisiaj, jak zresztą w każdy piątek wieczorem, po tygodniu wakacyjnej pracy spotykaliśmy się na plaży żeby coś wypić i pogadać. Uznałam to za dobrą kartę aby przyjść tam uśmiechnięta i radosna stwarzając pozory braku jakiegokolwiek zmartwienia czy depresji. Ubrałam się zatem pospiesznie i złapałam mojego brata, który jechał na trening, żeby mnie podwiózł.
- Coś ostatnio często widuję Cię w domu - powiedział gdy tylko wsiadłam do samochodu -
W jego wnętrzu unosił się słodki piżmowy zapach, tak mdlący i intensywny, że musiałam otworzyć w okno w obawie, żeby nie zwymiotować po raz kolejny w tym tygodniu.
- Źle się czułam - skwitowałam -
- Tak źle, że aż płakałaś? - zauważył bez ogródek, wyjeżdżając z wielką prędkością zza zakrętu. Przechyliłam się w jego stronę odsuwając się od okna, a nasze spojrzenia się spotkały. W jego wielkich, jasnych, błyszczących i piwnych oczach, dostrzegłam pewną nutę współczucia, być może jednak ta uwaga nie miała zabrzmieć tak sucho.
- Co się dzieje? - odparł po chwili przerywając bolesny ciąg moich kontemplacji.
Wbiłam wzrok w okno i poczęłam obserwować jadące przed nami samochody.
- Nic mi się po prostu nie układa, poczułam brak chęci do życia. To tyle. - powiedziałam to tak od niechcenia i tak lekko, że chyba przekonał się co do bezsensu próby przekonania mnie do powiedzenia czegokolwiek.
- Cokolwiek się dzieje Mels, wiedz, że nie warto. A jeżeli nie możesz tego stwierdzić, to zrób tak, żebyś mogła. Wiesz co mam na myśli?
Jego proste słowa uderzyły mnie prosto w serce. Nie wiem czy do konca zdawał sobie sprawę jak wiele miał racji, ale powiedział to co uważał, że mogło mi dodać otuchy, i to coś było rzeczywiście bardzo głębokie. Bo jak mogłam zamartwiać się faktem, że po raz kolejny mi wszystko odebrano, skoro nawet o to nie walczę? Czy Romeo i Julia oddaliby swoje wspólne szczęśliwe życie, w celu ochrony ich miłości, gdyby nie wiedzieli, czy ona rzeczywiście istnieje? Spojrzałam na niego ciepłym wzrokiem, po czym pocałowałam w policzek i wysiadłam z samochodu w pobliżu parkingu przy miejskiej plaży. Minęłam lodziarnię i stanęłam wsparta o filar przy nadmorskiej dyskotece i poczęłam przyglądać się jak dzieci beztrosko bawią się na placu zabaw, przedrzeźniając i dokuczając jedno drugiemu, śmiejąc się i bawiąc w piasku w zupełnej beztrosce, ale z brakiem świadomości o jakichkolwiek innych wartościach, prócz współzawodnictwa, które zdawało się być wtedy tak proste i ważne. Nagle zauważyłam niewielką grupkę moich znajomych siedzących w kółko na plaży z gitarą i śpiewających. Poznałam ich po głosach, sposobie poruszania się, po śmiechu. Poznałabym ich wszędzie. Uśmiechnęłam się sama do siebie, po czym pewnym krokiem poczęłam podążać w ich kierunku. Gdy dochodziłam już do nich, grzęznąc w ciepłym jeszcze piasku, ich roześmiane oczy skupiły się na mojej osobie.
- No hej Mels! Wiedziałem, że przyjdziesz, mówiłem im wszystkim - zaczął Siara wstając i witając się ze mną. -
Ogarnęłam wzrokiem całą gromadkę, ciesząc się że nie ma tu Konrada. Usiadłam obok wściekłej na mnie Mirki i próbując się z nią przywitać napotkałam na bierny opór.
- Nie odbierałaś telefonu, myśleliśmy że umarłaś, co się z Toba do cholery działo? - powiedziała stosunkowo głośno próbując zdobyć się na poważną minę -
- Byłam u babci, a potem musiałam pomóc mamie w domu w związku urodzinami mojej babci. U niej nie ma warunków na wyprawienie 70-tki - odparłam wcześniej już wymyślone i sprytnie ułożone kłamstwo -
- A telefon to przypadkiem gdzieś na te 3 dni zgubiłaś? -
- No daj spokój - skwitowałam uśmiechając się do niej jak najszerzej potrafiłam -
Jej twarz przybrała łagodny wyraz, a kąciki jej ust uniosły się diametralnie ku górze. Wtem przewaliła mnie na piasek i usiadła na mnie.
- JESTEM TWOIM OJCEM LUK'U SKYWALKERZE! -
- Ej bez gwałtu. Napijesz się czegoś madre? - zapytał Kamis, mój najlepszy od serca przyjaciel, który widział we mnie życiodajną matkę, bądź tez jak kto woli przyzwyczaił się do nazywania mnie tak przez moje namowy.
- Jasne - odparłam wyczołgując się spod mojej przyjaciółki. Ada, Zuzia Oliwia i Ala przysiadły się do mnie wręczając mi butelkę taniego wina "Chianti" i zanosząc się od śmiechu.
- Nie Bój żaby kochana, to pozostanie our little secret - szepnęła mi Zuzia na ucho -
Wiedziałam, że nie mówienie Mirce o sprawie z Krzyśkiem będzie drobnym odstępstwem od zasad prawdziwego współżycia w przyjaźni, ale nie chciałam jak na razie wywoływać w mojej głowie retrospekcji i opowiadać jej o wszystkim i wracać do tego. Wolałam zgrać się razem z teraźniejszością i opierając głową o piasek moczyć usta w słodkiej goryczy piwa i wytrawności wina, wsłuchując się w pobrzdąkiwanie Kamisa na gitarze. Otworzyłam oczy i spojrzałam w granatowe już prawie niebo spowite z lekka rzadkimi białymi chmurami. Poczułam się nagle tak rozluźniona, odchyliłam głowę maksymalnie spoglądając przez chwilę na świat do góry nogami. Wtem, ujrzałam pewną postać zmierzającą w naszym kierunku. Wysoki blondyn idący pewnym, luźnym krokiem z szerokim uśmiechem na ustach stanął wprost nade mną i nachylając się dał mi delikatnego buziaka w lewy policzek. Oblałam się ledwo zauważalnym rumieńcem i podnosząc się z piasku poczęłam przyglądać się mu przez chwilę bez słowa. Nagle, nie wiem zupełnie skąd, wyrosła obok niego drobna szatynka o idealnie porcelanowej lekko zarumienionej twarzy.
- To jest Karolina - odparł po chwili obejmując ją ramieniem -
- Wygląda w tym obcisłym białym topie jak krzywomordy pingwin oblizany przez lamę. Już jej nie lubię - szepnęła mi na ucho Zuzia -
A ja wpatrywałam się w jej niewiarygodnie szeroki uśmiech na twarzy i czułam się zupełnie tak, jakby właśnie zdjęła mi go z twarzy i brutalnie przywłaszczyła.



bergamot.

poniedziałek, 8 marca 2010

cz.2 Armagedon

Muzyka dudniła mi w uszach tak wyraźnie, tak dosłownie jakbym z nią rozmawiała. Wszelki strach, czy wstyd zupełnie mnie opuścił. Nic prócz muzyki do mnie nie docierało. Lekkie słowa, lekkie dłonie, chłodny dreszcz. Zamknęłam oczy, a zupełna ciemność pozwoliła mojej wyobraźni dopasować swoje pragnienia do obecnej chwili. Gdy muzyka nagle się wyłączyła, bo ktoś zapragnął zmienić płytę, brutalnie oderwana z stabilnych pozaświatów, otworzyłam oczy i w jednej sekundzie przechyliłam się do przodu i poczęłam czuć zwolnienie mojego układu pokarmowego. Jedyne co czułam, to jego dłonie unoszące mnie do góry i niewyobrażalną lekkość, gdy lądując przy muszli zwróciłam chyba wszystko co do tej pory jadłam. Nie wiem ile tak siedziałam w pół oparta o szafkę z ręcznikami z papierem toaletowym przewieszonym wokół szyi, wiem jednak że niewyobrażalny chłód który mi dokuczał odpędzał moje myśli od uczucia upokorzenia, które naszło mnie dopiero po odzyskaniu sił. Wiedziałam tylko tyle, że kompletnie pijana Zuzia, zastanawiając się jak mi pomóc zgrała z komputera piosenkę którą śpiewałyśmy na rekolekcjach i biegała w kółko po wielkiej toalecie i unosząc ręcę do góry śpiewała " W myyyymm sercu jest Bóg". Uśmiechałam się w przerwach gdy ponownie musiałam się nachylić by zwymiotować. Potem nagle zasnęłam a z znużenia obudził mnie delikatny chłodny dotyk namoczonego zimną wodą ręcznika. Otworzyłam lekko moje prawie przezroczyste powieki odkrywając oczy, które na tle śmiertelnie bladej cery i niewiarygodnie czerwonych ust zdawały się być wręcz pastelowo niebieskie. Spojrzał na mnie łagodnie i wręczył kubek letniej rumiankowej herbaty.
- Widzę, że już chyba lepiej. Spałaś tak na tych kafelkach dobre 2.5 godziny. Dochodzi 4.30 nad ranem - powiedział -
Nie byłam w stanie nic opowiedzieć, bo oprócz strasznego wycieńczenia nie doskwierało mi nic z sfery fizycznej, więc moje sumienie zaczęło podsuwać pewne niekorzystnie wypadające dla mojej osoby wnioski z poprzedniego wieczoru.
- O Boże ... - wydusiłam w końcu -
- Myślałam że umarłaś - powiedział wkładając moje brudne ciuchy do torby -
W jednej chwili zdałam sobie sprawę że mam na sobie koszulkę, którą on wziął sobie na zmianę. Zatem, podsumowując, zarzygałam cały kibel, w tym samą siebie, wyglądam jakbym nie jadła i nie piła od kilkunastu dekad, miałam podkrążone oczy i pachniałam pewnie jak nie prana przez 2 miesiące bielizna, która przeleżała wraz z strojem piłkarskim mojego brata w koszu zawalonym także ciuchami mojego taty z treningu tenisa. Poczułam się tak żałośnie, że mimo całej wdzięczności wobec jego osoby zapragnęłam żeby sobie po prostu poszedł. Wbiłam wzrok w posadzkę w toalecie, i wtedy on wychodząc z łazienki minął wchodzącą właśnie Natalię.
- Kobieto, nie umarłaś - rzuciła siadając obok mnie
- Bystre spostrzeżenie - rzuciłam jej w odpowiedzi -
- I zaczęłaś nawet mówić. Byłaś taka nieobecna - dodała po chwili -
Pokiwałam jedynie głową.
- Konrad się Tobą zajął, przebrał Cię i w ogóle wszystko. Słodziak z niego.
- Słucham? - powiedziałam być może trochę za głośno.
Niech to szlag - pomyślałam po chwili.
- Wiem, że możesz się czuć trochę dziwnie zważywszy na to, że sprawa przybrała dziwnego obrotu, ale nie ma co się przejmować. Każdy czasem wymiotuje. Ja, Błażej który leży teraz nieprzytomny i przeżywał chyba godzinę, że Ty wielka Mela wymiotowałaś, a on nie. Nawet Konrad, wszyscy.
Zwiesiłam głowę. Do stanu mojej ogólnej beznadziejności, dochodził do fakt, że on mnie rozebrał, zdjął ze mnie moją zarzyganą koszulkę, którą niewyobrażalnie trudno zdejmuje się przez głowę, często zadrżało mi się że stanik zdejmował się wraz z bluzką. Gdybym chociaż w najmniejszym stopniu orientowała się w czasie i przestrzeni, nie dopuściłabym do tego. To, że mógł widzieć moje cycki to już chyba był najmniejszy problem, przynajmniej ogoliłam pachy. Jak to zwykła mawiać moja mama - przezorny, zawsze ubezpieczony.
- Masz do tego ładny stanik dzisiaj, więc chyba nie tak źle hm? I nie wyglądasz wcale tak najgorzej, masz wielkie niebieskie oczy - dodała na odchodnym spoglądając na mnie życzliwie.
Zaczęłam walić teatralnie głową w ścianę obok muszli toaletowej. Wzięłam głęboki wdech i dźwignęłam się w końcu z podłogi. Poczułam się słabo, ale zaczęłam stawiać coraz to większe kroki starając się otrzymać równowagę. Nagle Konrad wparował do łazienki.
- O widzę, że odzyskujesz już siły, dlaczego w ogóle nie tknęłaś herbaty? - spytał spoglądając na kubek z Adamem Małyszem stojący na umywalce.
- Chyba nie zdołam dzisiaj nic przełknąć, a tym bardziej przetrawić.
Uśmiechnął się szeroko.
- Mam dla Ciebie dobrą wiadomość, którą na pewno będziesz mogła, no będziesz musiała przetrawić - dodał łapiąc mnie za rękę i pomagając mi przycupnąć na rogu wanny.Pocałował mnie w czoło i odgarnął przylepione do policzka włosy.
- Pamiętasz, jak mówiłem, że podoba mi się ta dziewczyna, ta blondynka?
Znów zebrało mi się na wymioty.

sobota, 6 marca 2010

cz.1 Afrodyzjak

słodka, przejmująca i paraliżująca woń, którą czułam, jak przelewa się w powietrzu łagodnie pieszcząc moje nozdrza, zdawała się starać coś mi przekazać. Rozglądam się nerwowo po salonie przepełnionej nieogarniętym tłumem, wirującym w otwartej przestrzeni, zupełnie nieświadomym wartości zawartym w otaczającym ich powietrzu. Zmieszane opary alkoholu, papierosów i ganji, które wypełniały wnętrza ich wszystkich zdawały się być niczym w porównaniu z paraliżującą mieszanką afrodyzjaku, słodkich słów, słodkich myśli, które poczęły mi się nasuwać . Gdzie był ten, który winien był zamieszaniu w mojej głowie? Poczęłam przeciskać się przez tłum i z dzikim, nieobecnym wzrokiem śledziłam wszystkich ludzi. Zapach raz znikał, raz się pojawiał, jakby sam nie chciał bym go odnalazła, jakby nie chciał dać mi się nim napawać w otoczeniu tej beznadziejności. Zdyszana, zmęczona zrezygnowana zamknęłam oczy i wyczuliłam wszystkie zmysły. Nie dbałam o trącających mnie ludzi, o słowa, nie dbałam o miejsce w którym byłam. Mój oddech nagle przyspieszył, gdy ciężko oddychając chłonęłam ten cudowny afrodyzjakalny zapach wszystkimi zmysłami, każdą cząstką ciała. Otworzyłam delikatnie powieki i rozchyliłam niezauważalnie wargi. Przestrzeń, bezkresna przestrzeń którą dostrzegłam w jego błyszczącym spojrzeniu sprawiły że nie mogłam mimo wszystko odszukać się w nich jakichkolwiek emocji. Jego skóra, lekko zaczerwieniona od słońca, ciemne włosy i szerokie barki, cała postura tak niewzruszona, aż przerażająca. Był jak żywa kolumna, przytrzymująca pewną całość, pewną konstrukcję. Mimo otaczającego go chłodu i prostoty, na jego ustach pojawił się ukradkowy uśmiech.
- Coś się stało? - spytał - szukałem Cię, nie mogę tutaj nikogo znaleźć. Nie znam nawet połowy - odparł po chwili nie czekając na moją odpowiedź -
- Cóż, ja tak samo - przytaknęłam starając się powrócić myślami do rzeczywistości.
Nie zdawałam sobie nawet sprawy z tego jak bardzo pijana byłam, być może nie byłam w stanie tego dostrzec, wszystko wokół, jak zwykle wydawało się być tak nie na miejscu. Moje uczucia, moje myśli, wszystko.
- To hmmm może pójdziesz ze mną po coś do picia? -
Przytaknęłam bez słowa i podążyłam za nim kuszona przez słodki zapach który unosił się nad jego ciałem. Nie obeszło mnie wcale, że być może trochę przesadził z tymi perfumami, być może naumyślnie. Przy stole w kuchni zastaliśmy, ku mojej uciesze, Oliwię, Adę i Zuzię, które zupełnie zalane zastanawiały się jak zwykle nad sensem ludzkiego istnienia, które obrazowało pytanie " Po co człowiekowi kefir". Zuzia siedząca z winem w dłoni, Ada z butelką piwa i Oliwia sącząca powoli pewną dziwną mieszankę w kolorze dzikiej fuksji przyglądały się zupełnie pustemu stołowi, na którego środki znajdował się mały kubek kefiru, prawdopodobnie ostania rzecz jaka pozostała w lodówce.
- Jak myślicie - zaczęła Oliwia - wszystko zjedliśmy, nawet masło z pieczywem sojowym, ale nikt nie chciał tego kefiru.
- Zawsze wiedziałam że przetwórstwo mleczne nie odniesie zamierzonego sukcesu gospodarczego. - wtrąciła Zuzia -
- Hej Mel - rzuciła piskliwie Ada odłączając się od żywej filozoficznej dyskusji -
- Hej Ads - odpowiedziałam starając się zabrzmieć równie piskliwie jak ona, jednak zaczęłam się śmiać, co jednoznacznie wskazywało na to, że alkohol przejmował nade mną kontrolę.
- Ja pierdolę - powiedział Konrad spoglądając to na mnie to na nie. Wlał do szklanki wódki, po czym zalał ją redbullem i opróżnił do dna.
- Tego było mi trzeba - odparł -
- Mi też potrzeba różnych rzeczy, tylko szkoda że nie mogę ich zaspokoić - skomentowałam -
Jego twarz wyrażała zwątpienie odnośnie moich słów.
- Jesteś tego pewna? - spytał - hymmm.... - uśmiechnął się opróżniając otwartą butelkę piwa, stojącą na stole do dna - chodźmy zatańczyć.
- Pójdziemy za chwilę na fajkę Mel? - spytała Ads - nie mogę z nimi wytrzymać - odparła uśmiechając się.
- Jasne
Odwróciłam się do niego i spojrzałam w jego rozjarzone oczy. Afrodyzjak ponownie brutalnie wtargnął do moich nozdrzy paraliżując wszelkie myśli. Złapał mnie za rękę i pociągnął za sobą, a ja przerażona faktem swojego alkoholowego stanu, bałam się, co też może się tak na prawdę stać. Uśmiechnęłam się jednak sama do siebie i pod wpływem adrenaliny i przyjemnego gorąca które oblało mnie od stóp do głów złapałam go za kołnierz i pociągnęłam na środek zatłoczonego pokoju.

piątek, 5 marca 2010

Wstęp.

Kiedy tak siedziałam na skąpym balkonie wyłożonym starym dywanem mającym w zamiarze przykrywać nie do końca usunięty śnieg utrudniający zmieszczenie na nim chociażby 3 osób delektowałam się każdym kolejnym zaciągnięciem i wydmuchiwałam delikatnie dym obserwując jak po chwili znika. Zastanawiałam się, czy ktoś zauważy fakt że zniknęłam, a przy tym rozmyślałam też definicją szczęścia, które rzekomo mnie spotykało. Miałam stosunkowo dobre relacje z rodzicami, starałam się intelektem nie spadać poniżej normy, by nie zawieść rodziców, a przy tym samej siebie. Przyjaciół też miałam wspaniałych, o tak takim mianem mogę ich okrzyknąć. Jednak w idealnie wyprofilowanej i dopasowanej desce szczęścia zdawał się być jeden bardzo ważny i dobry gwóźdź lecz chyba nie do końca przybity, chociaż jemu mogło się zdawać inaczej. Bardzo mnie lubił, ba, może nawet mnie kochał, ale jako kogoś przy kim łzy przez niego wylane nie będą oznaką wstydu, ani słabości emocjonalnej, lecz oznaką zaufania. Jestem twierdzą, świątynią, jestem nią, dla niego. Staram się zachowywać jak niewzruszony Bóg. Wzbudzający zaufanie i podziw. Wiem, że darzy mnie nadzwyczajnym, nieokreślonym uczuciem. Swoboda, jaką wyczuwam w kontaktach z nim jest wprost nie do opisania, czuję jakbyśmy w zasadzie ze sobą współżyli, nie tyle fizycznie, co psychicznie. Mówi mi o wszystkich, nawet tych najbardziej wstydliwych i mało estetycznych rzeczach, podkreślając jednak tę złudną platoniczność, którą chciał między nami utrzymać. Życie już dostatecznie dobrze mnie doświadczyło, żebym potrafiła coś tak wielkiego jak pożądanie zdusić w sobie, zamknąć w puszce pandory. Co by było, jakby ona nagle się otworzyła?
Księżyc w prawdzie nie był w pełni, jednak było w nim coś pięknego mimo wszystko. Może właśnie fakt że nie był tak idealnie okrągły, zasłonięty rzadkimi chmurami osłonięty przepychem gwiazd na czystym z pozoru niebie. A jednak widziałam tylko jego. Tak samo było i z nim. Moje wysoko postawione przyjaciółki mówiły o nim jako o zwyczajnym facecie, zupełnie przeciętnym, wręcz brzydkim. Ja widziałam w nim dobrze zbudowanego, wysokiego bruneta, z idealnie czekoladowymi oczami, tak wymownie tajemniczymi i z niezupełnie idealnie cerą, co mimo wszystko nie uchybiało jego idealności. Idealności, która wychodziła z moich ust i tworzyła się w moich myślach. Do tego pachniał zawsze tak urokliwie, tak uwodząco, że bałam się stać przy nim zbyt długo by w zupełności się nie zatracić.

Wierzę że historia raz opowiedziana pozostanie w myślach bardzo długo, szczególnie taka, gdzie zawala się cały świat, by potem znów zrodzić się od nowa i dodać uroku temu, co pozornie zostało zniszczone.