Kiedy tak siedziałam na skąpym balkonie wyłożonym starym dywanem mającym w zamiarze przykrywać nie do końca usunięty śnieg utrudniający zmieszczenie na nim chociażby 3 osób delektowałam się każdym kolejnym zaciągnięciem i wydmuchiwałam delikatnie dym obserwując jak po chwili znika. Zastanawiałam się, czy ktoś zauważy fakt że zniknęłam, a przy tym rozmyślałam też definicją szczęścia, które rzekomo mnie spotykało. Miałam stosunkowo dobre relacje z rodzicami, starałam się intelektem nie spadać poniżej normy, by nie zawieść rodziców, a przy tym samej siebie. Przyjaciół też miałam wspaniałych, o tak takim mianem mogę ich okrzyknąć. Jednak w idealnie wyprofilowanej i dopasowanej desce szczęścia zdawał się być jeden bardzo ważny i dobry gwóźdź lecz chyba nie do końca przybity, chociaż jemu mogło się zdawać inaczej. Bardzo mnie lubił, ba, może nawet mnie kochał, ale jako kogoś przy kim łzy przez niego wylane nie będą oznaką wstydu, ani słabości emocjonalnej, lecz oznaką zaufania. Jestem twierdzą, świątynią, jestem nią, dla niego. Staram się zachowywać jak niewzruszony Bóg. Wzbudzający zaufanie i podziw. Wiem, że darzy mnie nadzwyczajnym, nieokreślonym uczuciem. Swoboda, jaką wyczuwam w kontaktach z nim jest wprost nie do opisania, czuję jakbyśmy w zasadzie ze sobą współżyli, nie tyle fizycznie, co psychicznie. Mówi mi o wszystkich, nawet tych najbardziej wstydliwych i mało estetycznych rzeczach, podkreślając jednak tę złudną platoniczność, którą chciał między nami utrzymać. Życie już dostatecznie dobrze mnie doświadczyło, żebym potrafiła coś tak wielkiego jak pożądanie zdusić w sobie, zamknąć w puszce pandory. Co by było, jakby ona nagle się otworzyła?
Księżyc w prawdzie nie był w pełni, jednak było w nim coś pięknego mimo wszystko. Może właśnie fakt że nie był tak idealnie okrągły, zasłonięty rzadkimi chmurami osłonięty przepychem gwiazd na czystym z pozoru niebie. A jednak widziałam tylko jego. Tak samo było i z nim. Moje wysoko postawione przyjaciółki mówiły o nim jako o zwyczajnym facecie, zupełnie przeciętnym, wręcz brzydkim. Ja widziałam w nim dobrze zbudowanego, wysokiego bruneta, z idealnie czekoladowymi oczami, tak wymownie tajemniczymi i z niezupełnie idealnie cerą, co mimo wszystko nie uchybiało jego idealności. Idealności, która wychodziła z moich ust i tworzyła się w moich myślach. Do tego pachniał zawsze tak urokliwie, tak uwodząco, że bałam się stać przy nim zbyt długo by w zupełności się nie zatracić.
Wierzę że historia raz opowiedziana pozostanie w myślach bardzo długo, szczególnie taka, gdzie zawala się cały świat, by potem znów zrodzić się od nowa i dodać uroku temu, co pozornie zostało zniszczone.
Melanie Klamann "12 miesięcy"
Siedzę skulona na ławce zielonej w parku, w grudniowy wieczór
Samotnie spoglądam na biały nieskazitelny śnieg, na cudowny puch.
Nie stać mnie na mrugnięcie oka, na jakikolwiek ruch.
Całe życie bym tak przesiedziała, wpatrzona w ludzkie szczęście.
Które egzystowało i kiełkowało dosłownie wszędzie.
Zapamiętałabym życie przez pryzmat ludzkiego do idealności dążenia.
Być może czasem bym powiedziała „dzień dobry” tak od niechcenia.
Jak automat uśmiechałabym się do duszy ludzkich pełnych sztuczności
Karmiących się kłamstwami, błędnym rozumieniem miłości
Wtedy nastałaby wiosna, ciepło spowiłoby wszystko wokoło
Kwiaty by zakwitły, drzewa obrodziły, ptaków śpiew brzmiałby tak wesoło
A ludzie znów obdarowywali mnie sztucznymi gestami życzliwości
W marzeniach obłudnych, pod wpływem ludzkiej chciwości
Obojętnie zmierzaliby do własnego świata, pozostawiając mnie samotnie.
W kwietniowe słoneczne popołudnie, które po zimie smakowało tak rozkosznie.
Zrobiło się tak przyjemnie ciepło, wraz z cieniem drzew na zielonej ławce
Przyglądałabym się pięknie życia, oraz słońcu, jego życiodajnej matce
Jak spowija swoje płodne dzieci w naturalnym swoim blasku
Na naturę, opiewaną śpiewem skowronków, nie potrzebujących poklasku
I znów na rozgoryczonych egoistycznych ludzi, mojego gatunku
zupełnie nie przypominających ludzi wolnych, z Bożego stworzenia malunku.
Potem w zachwycające jesiennie wieczory w ciepłej czerwieni tonacji i złocie
w zniecierpliwieniu marzyłabym o rezygnacji, poddaniu się, do domu powrocie
I znów nastałaby zima, a ja wciąż w parku na tej zielonej ławce
W końcu podszedł do mnie młody uśmiechnięty mężczyzna z gitarą.
Spytałby czy nie potrzeba mi towarzystwa, z sercem i wiarą
Zagrałby piosenkę o wolności i pięknie ludzkich uczuć, głównie miłości.
Wtedy wstałabym z ławki i wróciła do swojego domu na obrzeżach
Myślałabym o tym chłopaku co mnie uwolnił i tonęłabym w marzeniach.
Samotnie spoglądam na biały nieskazitelny śnieg, na cudowny puch.
Nie stać mnie na mrugnięcie oka, na jakikolwiek ruch.
Całe życie bym tak przesiedziała, wpatrzona w ludzkie szczęście.
Które egzystowało i kiełkowało dosłownie wszędzie.
Zapamiętałabym życie przez pryzmat ludzkiego do idealności dążenia.
Być może czasem bym powiedziała „dzień dobry” tak od niechcenia.
Jak automat uśmiechałabym się do duszy ludzkich pełnych sztuczności
Karmiących się kłamstwami, błędnym rozumieniem miłości
Wtedy nastałaby wiosna, ciepło spowiłoby wszystko wokoło
Kwiaty by zakwitły, drzewa obrodziły, ptaków śpiew brzmiałby tak wesoło
A ludzie znów obdarowywali mnie sztucznymi gestami życzliwości
W marzeniach obłudnych, pod wpływem ludzkiej chciwości
Obojętnie zmierzaliby do własnego świata, pozostawiając mnie samotnie.
W kwietniowe słoneczne popołudnie, które po zimie smakowało tak rozkosznie.
Zrobiło się tak przyjemnie ciepło, wraz z cieniem drzew na zielonej ławce
Przyglądałabym się pięknie życia, oraz słońcu, jego życiodajnej matce
Jak spowija swoje płodne dzieci w naturalnym swoim blasku
Na naturę, opiewaną śpiewem skowronków, nie potrzebujących poklasku
I znów na rozgoryczonych egoistycznych ludzi, mojego gatunku
zupełnie nie przypominających ludzi wolnych, z Bożego stworzenia malunku.
Potem w zachwycające jesiennie wieczory w ciepłej czerwieni tonacji i złocie
w zniecierpliwieniu marzyłabym o rezygnacji, poddaniu się, do domu powrocie
I znów nastałaby zima, a ja wciąż w parku na tej zielonej ławce
W końcu podszedł do mnie młody uśmiechnięty mężczyzna z gitarą.
Spytałby czy nie potrzeba mi towarzystwa, z sercem i wiarą
Zagrałby piosenkę o wolności i pięknie ludzkich uczuć, głównie miłości.
Wtedy wstałabym z ławki i wróciła do swojego domu na obrzeżach
Myślałabym o tym chłopaku co mnie uwolnił i tonęłabym w marzeniach.
każde twoje opowiadanie wywołuje we mnie emocje powinnam lubić te przy których się śmieje lecz ze wszystkich najbardziej poruszają mnie te z nutką prawdziwej historii twojego życia. wywołuję u mnie przemyślenia ale najgorsze jest dla mnie to gdy pod koniec pytasz 'no i co powiesz' bądź czekasz na odpowiedź w ciszy i ja wtedy zastanawiam się co napisać.. Nigdy nie wiem czy powiedzieć wspaniałe czy lepiej przemilczeć i zmienić temat. jednak nigdy nie wyrażę słowami co twoje opowiadania robią z moim poglądem na świat. kocham cię Mel.
OdpowiedzUsuńkazda napisana przez ciebie historia wywołuje w każdym co ją czyta niewyobrażalnie silne emocje...po przeczytaniu Twoich opowiadań czlowiek zaczyna sie zastanawiac nad swoim zyciem,nad tym co robi dobrze a co nalezaloby jeszcze poprawic.Wszystkie te opowiadania wplywaja w bardzo duzym stopniu na ksztaltowanie sie światopogladu, na to jak powinno sie życ. i za to chcialam Ci z calego serca podziekowac, że te historie opowiedziane przez Ciebie trafiaja tam gdzie powinny.. do serc..Dziekuje. Kocham Cie.
OdpowiedzUsuń