słodka, przejmująca i paraliżująca woń, którą czułam, jak przelewa się w powietrzu łagodnie pieszcząc moje nozdrza, zdawała się starać coś mi przekazać. Rozglądam się nerwowo po salonie przepełnionej nieogarniętym tłumem, wirującym w otwartej przestrzeni, zupełnie nieświadomym wartości zawartym w otaczającym ich powietrzu. Zmieszane opary alkoholu, papierosów i ganji, które wypełniały wnętrza ich wszystkich zdawały się być niczym w porównaniu z paraliżującą mieszanką afrodyzjaku, słodkich słów, słodkich myśli, które poczęły mi się nasuwać . Gdzie był ten, który winien był zamieszaniu w mojej głowie? Poczęłam przeciskać się przez tłum i z dzikim, nieobecnym wzrokiem śledziłam wszystkich ludzi. Zapach raz znikał, raz się pojawiał, jakby sam nie chciał bym go odnalazła, jakby nie chciał dać mi się nim napawać w otoczeniu tej beznadziejności. Zdyszana, zmęczona zrezygnowana zamknęłam oczy i wyczuliłam wszystkie zmysły. Nie dbałam o trącających mnie ludzi, o słowa, nie dbałam o miejsce w którym byłam. Mój oddech nagle przyspieszył, gdy ciężko oddychając chłonęłam ten cudowny afrodyzjakalny zapach wszystkimi zmysłami, każdą cząstką ciała. Otworzyłam delikatnie powieki i rozchyliłam niezauważalnie wargi. Przestrzeń, bezkresna przestrzeń którą dostrzegłam w jego błyszczącym spojrzeniu sprawiły że nie mogłam mimo wszystko odszukać się w nich jakichkolwiek emocji. Jego skóra, lekko zaczerwieniona od słońca, ciemne włosy i szerokie barki, cała postura tak niewzruszona, aż przerażająca. Był jak żywa kolumna, przytrzymująca pewną całość, pewną konstrukcję. Mimo otaczającego go chłodu i prostoty, na jego ustach pojawił się ukradkowy uśmiech.
- Coś się stało? - spytał - szukałem Cię, nie mogę tutaj nikogo znaleźć. Nie znam nawet połowy - odparł po chwili nie czekając na moją odpowiedź -
- Cóż, ja tak samo - przytaknęłam starając się powrócić myślami do rzeczywistości.
Nie zdawałam sobie nawet sprawy z tego jak bardzo pijana byłam, być może nie byłam w stanie tego dostrzec, wszystko wokół, jak zwykle wydawało się być tak nie na miejscu. Moje uczucia, moje myśli, wszystko.
- To hmmm może pójdziesz ze mną po coś do picia? -
Przytaknęłam bez słowa i podążyłam za nim kuszona przez słodki zapach który unosił się nad jego ciałem. Nie obeszło mnie wcale, że być może trochę przesadził z tymi perfumami, być może naumyślnie. Przy stole w kuchni zastaliśmy, ku mojej uciesze, Oliwię, Adę i Zuzię, które zupełnie zalane zastanawiały się jak zwykle nad sensem ludzkiego istnienia, które obrazowało pytanie " Po co człowiekowi kefir". Zuzia siedząca z winem w dłoni, Ada z butelką piwa i Oliwia sącząca powoli pewną dziwną mieszankę w kolorze dzikiej fuksji przyglądały się zupełnie pustemu stołowi, na którego środki znajdował się mały kubek kefiru, prawdopodobnie ostania rzecz jaka pozostała w lodówce.
- Jak myślicie - zaczęła Oliwia - wszystko zjedliśmy, nawet masło z pieczywem sojowym, ale nikt nie chciał tego kefiru.
- Zawsze wiedziałam że przetwórstwo mleczne nie odniesie zamierzonego sukcesu gospodarczego. - wtrąciła Zuzia -
- Hej Mel - rzuciła piskliwie Ada odłączając się od żywej filozoficznej dyskusji -
- Hej Ads - odpowiedziałam starając się zabrzmieć równie piskliwie jak ona, jednak zaczęłam się śmiać, co jednoznacznie wskazywało na to, że alkohol przejmował nade mną kontrolę.
- Ja pierdolę - powiedział Konrad spoglądając to na mnie to na nie. Wlał do szklanki wódki, po czym zalał ją redbullem i opróżnił do dna.
- Tego było mi trzeba - odparł -
- Mi też potrzeba różnych rzeczy, tylko szkoda że nie mogę ich zaspokoić - skomentowałam -
Jego twarz wyrażała zwątpienie odnośnie moich słów.
- Jesteś tego pewna? - spytał - hymmm.... - uśmiechnął się opróżniając otwartą butelkę piwa, stojącą na stole do dna - chodźmy zatańczyć.
- Pójdziemy za chwilę na fajkę Mel? - spytała Ads - nie mogę z nimi wytrzymać - odparła uśmiechając się.
- Jasne
Odwróciłam się do niego i spojrzałam w jego rozjarzone oczy. Afrodyzjak ponownie brutalnie wtargnął do moich nozdrzy paraliżując wszelkie myśli. Złapał mnie za rękę i pociągnął za sobą, a ja przerażona faktem swojego alkoholowego stanu, bałam się, co też może się tak na prawdę stać. Uśmiechnęłam się jednak sama do siebie i pod wpływem adrenaliny i przyjemnego gorąca które oblało mnie od stóp do głów złapałam go za kołnierz i pociągnęłam na środek zatłoczonego pokoju.
Melanie Klamann "12 miesięcy"
Siedzę skulona na ławce zielonej w parku, w grudniowy wieczór
Samotnie spoglądam na biały nieskazitelny śnieg, na cudowny puch.
Nie stać mnie na mrugnięcie oka, na jakikolwiek ruch.
Całe życie bym tak przesiedziała, wpatrzona w ludzkie szczęście.
Które egzystowało i kiełkowało dosłownie wszędzie.
Zapamiętałabym życie przez pryzmat ludzkiego do idealności dążenia.
Być może czasem bym powiedziała „dzień dobry” tak od niechcenia.
Jak automat uśmiechałabym się do duszy ludzkich pełnych sztuczności
Karmiących się kłamstwami, błędnym rozumieniem miłości
Wtedy nastałaby wiosna, ciepło spowiłoby wszystko wokoło
Kwiaty by zakwitły, drzewa obrodziły, ptaków śpiew brzmiałby tak wesoło
A ludzie znów obdarowywali mnie sztucznymi gestami życzliwości
W marzeniach obłudnych, pod wpływem ludzkiej chciwości
Obojętnie zmierzaliby do własnego świata, pozostawiając mnie samotnie.
W kwietniowe słoneczne popołudnie, które po zimie smakowało tak rozkosznie.
Zrobiło się tak przyjemnie ciepło, wraz z cieniem drzew na zielonej ławce
Przyglądałabym się pięknie życia, oraz słońcu, jego życiodajnej matce
Jak spowija swoje płodne dzieci w naturalnym swoim blasku
Na naturę, opiewaną śpiewem skowronków, nie potrzebujących poklasku
I znów na rozgoryczonych egoistycznych ludzi, mojego gatunku
zupełnie nie przypominających ludzi wolnych, z Bożego stworzenia malunku.
Potem w zachwycające jesiennie wieczory w ciepłej czerwieni tonacji i złocie
w zniecierpliwieniu marzyłabym o rezygnacji, poddaniu się, do domu powrocie
I znów nastałaby zima, a ja wciąż w parku na tej zielonej ławce
W końcu podszedł do mnie młody uśmiechnięty mężczyzna z gitarą.
Spytałby czy nie potrzeba mi towarzystwa, z sercem i wiarą
Zagrałby piosenkę o wolności i pięknie ludzkich uczuć, głównie miłości.
Wtedy wstałabym z ławki i wróciła do swojego domu na obrzeżach
Myślałabym o tym chłopaku co mnie uwolnił i tonęłabym w marzeniach.
Samotnie spoglądam na biały nieskazitelny śnieg, na cudowny puch.
Nie stać mnie na mrugnięcie oka, na jakikolwiek ruch.
Całe życie bym tak przesiedziała, wpatrzona w ludzkie szczęście.
Które egzystowało i kiełkowało dosłownie wszędzie.
Zapamiętałabym życie przez pryzmat ludzkiego do idealności dążenia.
Być może czasem bym powiedziała „dzień dobry” tak od niechcenia.
Jak automat uśmiechałabym się do duszy ludzkich pełnych sztuczności
Karmiących się kłamstwami, błędnym rozumieniem miłości
Wtedy nastałaby wiosna, ciepło spowiłoby wszystko wokoło
Kwiaty by zakwitły, drzewa obrodziły, ptaków śpiew brzmiałby tak wesoło
A ludzie znów obdarowywali mnie sztucznymi gestami życzliwości
W marzeniach obłudnych, pod wpływem ludzkiej chciwości
Obojętnie zmierzaliby do własnego świata, pozostawiając mnie samotnie.
W kwietniowe słoneczne popołudnie, które po zimie smakowało tak rozkosznie.
Zrobiło się tak przyjemnie ciepło, wraz z cieniem drzew na zielonej ławce
Przyglądałabym się pięknie życia, oraz słońcu, jego życiodajnej matce
Jak spowija swoje płodne dzieci w naturalnym swoim blasku
Na naturę, opiewaną śpiewem skowronków, nie potrzebujących poklasku
I znów na rozgoryczonych egoistycznych ludzi, mojego gatunku
zupełnie nie przypominających ludzi wolnych, z Bożego stworzenia malunku.
Potem w zachwycające jesiennie wieczory w ciepłej czerwieni tonacji i złocie
w zniecierpliwieniu marzyłabym o rezygnacji, poddaniu się, do domu powrocie
I znów nastałaby zima, a ja wciąż w parku na tej zielonej ławce
W końcu podszedł do mnie młody uśmiechnięty mężczyzna z gitarą.
Spytałby czy nie potrzeba mi towarzystwa, z sercem i wiarą
Zagrałby piosenkę o wolności i pięknie ludzkich uczuć, głównie miłości.
Wtedy wstałabym z ławki i wróciła do swojego domu na obrzeżach
Myślałabym o tym chłopaku co mnie uwolnił i tonęłabym w marzeniach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz