.....trwają prace nad częścią drugą !!! ;D
M.K.
Z dedykacją dla Pani profesor Ćwiklak, coś o bezradności człowieka w przemijaniu. ; )
To nigdy nie mija.
Ta uczucie i ta chwila.
W brzasku poranka gdy wstajesz
W popołudnie gdy myślami odlatujesz
Wieczorami gdy nad sobą samym rozmyślasz
W nocy gdy po twarzy spływa łza krystaliczna
W myślach twych, a ilość ich tak liczna
Nie dostrzegasz innych radości
Nie dostrzegasz pokrzepiających wartości
Czujesz jedynie własnego serca bicie
Powiedz, o czym marzysz tak skrycie?
Bo to uczucie nigdy nie mija.
Nie mija także zapamiętana chwila
Gdy palcami po ustach twych wodziłam zachłannie
Gdy starałam się oddać moje uczucia tak dokładnie
Gdy spoglądałeś z iskierką w twych zielonych oczach
Zrobiłabym wszystko, gdybyś tylko wydał taki rozkaz
Jednak zrezygnowałeś ze mnie i z mego oddania
Kajałabym się przed diabłem, podjęłabym się każdego zadania
Nawet gdybym samą siebie pogrążyć w wiecznym bólu miała.
Grzesznicą, wzgardzonym aniołem bym się może stała
Lecz moja drobna dłoń w uścisku Twoją by chwytała
Gdybyś tylko wiedział ile jesteś dla mnie wart
Jak uratowane życie dla lekarza, jak dla pirata skarb
Pisałam swoje życie, rzecz można starannie
Jednak treść jaką w nim zawarłam, wyszła ona marnie
W zdaniu w którym wychwalałam miłość nad wiarę w Boga
Zapomniałam dodać Ciebie, nie tędy podążała moja życia droga
Chciałam z wygody usunąć Cię z mojej rozmarzonej głowy
Teraz gdy już świadomość moja wróciła do normalności
Zdałam sobie nagle sprawę, pogrążając się w żalu i złości
Że to uczucie nigdy nie mija
Podobnie jak nasza wspólna zapamiętana chwila.
Melanie Klamann "12 miesięcy"
Siedzę skulona na ławce zielonej w parku, w grudniowy wieczór
Samotnie spoglądam na biały nieskazitelny śnieg, na cudowny puch.
Nie stać mnie na mrugnięcie oka, na jakikolwiek ruch.
Całe życie bym tak przesiedziała, wpatrzona w ludzkie szczęście.
Które egzystowało i kiełkowało dosłownie wszędzie.
Zapamiętałabym życie przez pryzmat ludzkiego do idealności dążenia.
Być może czasem bym powiedziała „dzień dobry” tak od niechcenia.
Jak automat uśmiechałabym się do duszy ludzkich pełnych sztuczności
Karmiących się kłamstwami, błędnym rozumieniem miłości
Wtedy nastałaby wiosna, ciepło spowiłoby wszystko wokoło
Kwiaty by zakwitły, drzewa obrodziły, ptaków śpiew brzmiałby tak wesoło
A ludzie znów obdarowywali mnie sztucznymi gestami życzliwości
W marzeniach obłudnych, pod wpływem ludzkiej chciwości
Obojętnie zmierzaliby do własnego świata, pozostawiając mnie samotnie.
W kwietniowe słoneczne popołudnie, które po zimie smakowało tak rozkosznie.
Zrobiło się tak przyjemnie ciepło, wraz z cieniem drzew na zielonej ławce
Przyglądałabym się pięknie życia, oraz słońcu, jego życiodajnej matce
Jak spowija swoje płodne dzieci w naturalnym swoim blasku
Na naturę, opiewaną śpiewem skowronków, nie potrzebujących poklasku
I znów na rozgoryczonych egoistycznych ludzi, mojego gatunku
zupełnie nie przypominających ludzi wolnych, z Bożego stworzenia malunku.
Potem w zachwycające jesiennie wieczory w ciepłej czerwieni tonacji i złocie
w zniecierpliwieniu marzyłabym o rezygnacji, poddaniu się, do domu powrocie
I znów nastałaby zima, a ja wciąż w parku na tej zielonej ławce
W końcu podszedł do mnie młody uśmiechnięty mężczyzna z gitarą.
Spytałby czy nie potrzeba mi towarzystwa, z sercem i wiarą
Zagrałby piosenkę o wolności i pięknie ludzkich uczuć, głównie miłości.
Wtedy wstałabym z ławki i wróciła do swojego domu na obrzeżach
Myślałabym o tym chłopaku co mnie uwolnił i tonęłabym w marzeniach.
Samotnie spoglądam na biały nieskazitelny śnieg, na cudowny puch.
Nie stać mnie na mrugnięcie oka, na jakikolwiek ruch.
Całe życie bym tak przesiedziała, wpatrzona w ludzkie szczęście.
Które egzystowało i kiełkowało dosłownie wszędzie.
Zapamiętałabym życie przez pryzmat ludzkiego do idealności dążenia.
Być może czasem bym powiedziała „dzień dobry” tak od niechcenia.
Jak automat uśmiechałabym się do duszy ludzkich pełnych sztuczności
Karmiących się kłamstwami, błędnym rozumieniem miłości
Wtedy nastałaby wiosna, ciepło spowiłoby wszystko wokoło
Kwiaty by zakwitły, drzewa obrodziły, ptaków śpiew brzmiałby tak wesoło
A ludzie znów obdarowywali mnie sztucznymi gestami życzliwości
W marzeniach obłudnych, pod wpływem ludzkiej chciwości
Obojętnie zmierzaliby do własnego świata, pozostawiając mnie samotnie.
W kwietniowe słoneczne popołudnie, które po zimie smakowało tak rozkosznie.
Zrobiło się tak przyjemnie ciepło, wraz z cieniem drzew na zielonej ławce
Przyglądałabym się pięknie życia, oraz słońcu, jego życiodajnej matce
Jak spowija swoje płodne dzieci w naturalnym swoim blasku
Na naturę, opiewaną śpiewem skowronków, nie potrzebujących poklasku
I znów na rozgoryczonych egoistycznych ludzi, mojego gatunku
zupełnie nie przypominających ludzi wolnych, z Bożego stworzenia malunku.
Potem w zachwycające jesiennie wieczory w ciepłej czerwieni tonacji i złocie
w zniecierpliwieniu marzyłabym o rezygnacji, poddaniu się, do domu powrocie
I znów nastałaby zima, a ja wciąż w parku na tej zielonej ławce
W końcu podszedł do mnie młody uśmiechnięty mężczyzna z gitarą.
Spytałby czy nie potrzeba mi towarzystwa, z sercem i wiarą
Zagrałby piosenkę o wolności i pięknie ludzkich uczuć, głównie miłości.
Wtedy wstałabym z ławki i wróciła do swojego domu na obrzeżach
Myślałabym o tym chłopaku co mnie uwolnił i tonęłabym w marzeniach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz