Spoglądałam przez okno, gdzie dostrzegłam kobietę, przeciętnie ubraną z włosami zwiniętymi w kucyk. Znałam ją bardzo dobrze. Codziennie o tej porze wychodziła z psem na spacer i mijała mój blok podczas stałej codziennie trasy. Mieszkała sama, w bloku obok, w kawalerce na pierwszym piętrze. Nie znałam jej, nie miałam przyjemności z nią kiedykolwiek porozmawiać, ale od kiedy pamiętam, zawsze zastanawiałam się, czy ona jest sama? Sama pod względem duchowym, sama pod względem fizycznym, sama pod względem rodziny, po prostu samotna. Rzadko kiedy zdołałam zauważyć, by ktokolwiek do niej wpadał z wizytą, a takowa rzecz byłaby łatwa do zaobserwowania biorąc pod uwagę, że okno jej salonu, zasłonięte skąpą firanką wychodziło prosto na chodnik. A mimo wszystko śmiała się i bawiła z swoim starym już psem. Na myśl o tym, jakby się czuła, gdyby zdechł, przeszły mnie ciarki. Ta chwila która pozwoliła mi się skupić na czymś innym, stała się tak bezcenna, że zaczęły mnie nachodzić druzgoczące myśli, że być może ja też stanę się niedługo taka samotna, albo co gorsza, oswoję się z samotnością. Dzisiaj, jak zresztą w każdy piątek wieczorem, po tygodniu wakacyjnej pracy spotykaliśmy się na plaży żeby coś wypić i pogadać. Uznałam to za dobrą kartę aby przyjść tam uśmiechnięta i radosna stwarzając pozory braku jakiegokolwiek zmartwienia czy depresji. Ubrałam się zatem pospiesznie i złapałam mojego brata, który jechał na trening, żeby mnie podwiózł.
- Coś ostatnio często widuję Cię w domu - powiedział gdy tylko wsiadłam do samochodu -
W jego wnętrzu unosił się słodki piżmowy zapach, tak mdlący i intensywny, że musiałam otworzyć w okno w obawie, żeby nie zwymiotować po raz kolejny w tym tygodniu.
- Źle się czułam - skwitowałam -
- Tak źle, że aż płakałaś? - zauważył bez ogródek, wyjeżdżając z wielką prędkością zza zakrętu. Przechyliłam się w jego stronę odsuwając się od okna, a nasze spojrzenia się spotkały. W jego wielkich, jasnych, błyszczących i piwnych oczach, dostrzegłam pewną nutę współczucia, być może jednak ta uwaga nie miała zabrzmieć tak sucho.
- Co się dzieje? - odparł po chwili przerywając bolesny ciąg moich kontemplacji.
Wbiłam wzrok w okno i poczęłam obserwować jadące przed nami samochody.
- Nic mi się po prostu nie układa, poczułam brak chęci do życia. To tyle. - powiedziałam to tak od niechcenia i tak lekko, że chyba przekonał się co do bezsensu próby przekonania mnie do powiedzenia czegokolwiek.
- Cokolwiek się dzieje Mels, wiedz, że nie warto. A jeżeli nie możesz tego stwierdzić, to zrób tak, żebyś mogła. Wiesz co mam na myśli?
Jego proste słowa uderzyły mnie prosto w serce. Nie wiem czy do konca zdawał sobie sprawę jak wiele miał racji, ale powiedział to co uważał, że mogło mi dodać otuchy, i to coś było rzeczywiście bardzo głębokie. Bo jak mogłam zamartwiać się faktem, że po raz kolejny mi wszystko odebrano, skoro nawet o to nie walczę? Czy Romeo i Julia oddaliby swoje wspólne szczęśliwe życie, w celu ochrony ich miłości, gdyby nie wiedzieli, czy ona rzeczywiście istnieje? Spojrzałam na niego ciepłym wzrokiem, po czym pocałowałam w policzek i wysiadłam z samochodu w pobliżu parkingu przy miejskiej plaży. Minęłam lodziarnię i stanęłam wsparta o filar przy nadmorskiej dyskotece i poczęłam przyglądać się jak dzieci beztrosko bawią się na placu zabaw, przedrzeźniając i dokuczając jedno drugiemu, śmiejąc się i bawiąc w piasku w zupełnej beztrosce, ale z brakiem świadomości o jakichkolwiek innych wartościach, prócz współzawodnictwa, które zdawało się być wtedy tak proste i ważne. Nagle zauważyłam niewielką grupkę moich znajomych siedzących w kółko na plaży z gitarą i śpiewających. Poznałam ich po głosach, sposobie poruszania się, po śmiechu. Poznałabym ich wszędzie. Uśmiechnęłam się sama do siebie, po czym pewnym krokiem poczęłam podążać w ich kierunku. Gdy dochodziłam już do nich, grzęznąc w ciepłym jeszcze piasku, ich roześmiane oczy skupiły się na mojej osobie.
- No hej Mels! Wiedziałem, że przyjdziesz, mówiłem im wszystkim - zaczął Siara wstając i witając się ze mną. -
Ogarnęłam wzrokiem całą gromadkę, ciesząc się że nie ma tu Konrada. Usiadłam obok wściekłej na mnie Mirki i próbując się z nią przywitać napotkałam na bierny opór.
- Nie odbierałaś telefonu, myśleliśmy że umarłaś, co się z Toba do cholery działo? - powiedziała stosunkowo głośno próbując zdobyć się na poważną minę -
- Byłam u babci, a potem musiałam pomóc mamie w domu w związku urodzinami mojej babci. U niej nie ma warunków na wyprawienie 70-tki - odparłam wcześniej już wymyślone i sprytnie ułożone kłamstwo -
- A telefon to przypadkiem gdzieś na te 3 dni zgubiłaś? -
- No daj spokój - skwitowałam uśmiechając się do niej jak najszerzej potrafiłam -
Jej twarz przybrała łagodny wyraz, a kąciki jej ust uniosły się diametralnie ku górze. Wtem przewaliła mnie na piasek i usiadła na mnie.
- JESTEM TWOIM OJCEM LUK'U SKYWALKERZE! -
- Ej bez gwałtu. Napijesz się czegoś madre? - zapytał Kamis, mój najlepszy od serca przyjaciel, który widział we mnie życiodajną matkę, bądź tez jak kto woli przyzwyczaił się do nazywania mnie tak przez moje namowy.
- Jasne - odparłam wyczołgując się spod mojej przyjaciółki. Ada, Zuzia Oliwia i Ala przysiadły się do mnie wręczając mi butelkę taniego wina "Chianti" i zanosząc się od śmiechu.
- Nie Bój żaby kochana, to pozostanie our little secret - szepnęła mi Zuzia na ucho -
Wiedziałam, że nie mówienie Mirce o sprawie z Krzyśkiem będzie drobnym odstępstwem od zasad prawdziwego współżycia w przyjaźni, ale nie chciałam jak na razie wywoływać w mojej głowie retrospekcji i opowiadać jej o wszystkim i wracać do tego. Wolałam zgrać się razem z teraźniejszością i opierając głową o piasek moczyć usta w słodkiej goryczy piwa i wytrawności wina, wsłuchując się w pobrzdąkiwanie Kamisa na gitarze. Otworzyłam oczy i spojrzałam w granatowe już prawie niebo spowite z lekka rzadkimi białymi chmurami. Poczułam się nagle tak rozluźniona, odchyliłam głowę maksymalnie spoglądając przez chwilę na świat do góry nogami. Wtem, ujrzałam pewną postać zmierzającą w naszym kierunku. Wysoki blondyn idący pewnym, luźnym krokiem z szerokim uśmiechem na ustach stanął wprost nade mną i nachylając się dał mi delikatnego buziaka w lewy policzek. Oblałam się ledwo zauważalnym rumieńcem i podnosząc się z piasku poczęłam przyglądać się mu przez chwilę bez słowa. Nagle, nie wiem zupełnie skąd, wyrosła obok niego drobna szatynka o idealnie porcelanowej lekko zarumienionej twarzy.
- To jest Karolina - odparł po chwili obejmując ją ramieniem -
- Wygląda w tym obcisłym białym topie jak krzywomordy pingwin oblizany przez lamę. Już jej nie lubię - szepnęła mi na ucho Zuzia -
A ja wpatrywałam się w jej niewiarygodnie szeroki uśmiech na twarzy i czułam się zupełnie tak, jakby właśnie zdjęła mi go z twarzy i brutalnie przywłaszczyła.

bergamot.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz