Muzyka dudniła mi w uszach tak wyraźnie, tak dosłownie jakbym z nią rozmawiała. Wszelki strach, czy wstyd zupełnie mnie opuścił. Nic prócz muzyki do mnie nie docierało. Lekkie słowa, lekkie dłonie, chłodny dreszcz. Zamknęłam oczy, a zupełna ciemność pozwoliła mojej wyobraźni dopasować swoje pragnienia do obecnej chwili. Gdy muzyka nagle się wyłączyła, bo ktoś zapragnął zmienić płytę, brutalnie oderwana z stabilnych pozaświatów, otworzyłam oczy i w jednej sekundzie przechyliłam się do przodu i poczęłam czuć zwolnienie mojego układu pokarmowego. Jedyne co czułam, to jego dłonie unoszące mnie do góry i niewyobrażalną lekkość, gdy lądując przy muszli zwróciłam chyba wszystko co do tej pory jadłam. Nie wiem ile tak siedziałam w pół oparta o szafkę z ręcznikami z papierem toaletowym przewieszonym wokół szyi, wiem jednak że niewyobrażalny chłód który mi dokuczał odpędzał moje myśli od uczucia upokorzenia, które naszło mnie dopiero po odzyskaniu sił. Wiedziałam tylko tyle, że kompletnie pijana Zuzia, zastanawiając się jak mi pomóc zgrała z komputera piosenkę którą śpiewałyśmy na rekolekcjach i biegała w kółko po wielkiej toalecie i unosząc ręcę do góry śpiewała " W myyyymm sercu jest Bóg". Uśmiechałam się w przerwach gdy ponownie musiałam się nachylić by zwymiotować. Potem nagle zasnęłam a z znużenia obudził mnie delikatny chłodny dotyk namoczonego zimną wodą ręcznika. Otworzyłam lekko moje prawie przezroczyste powieki odkrywając oczy, które na tle śmiertelnie bladej cery i niewiarygodnie czerwonych ust zdawały się być wręcz pastelowo niebieskie. Spojrzał na mnie łagodnie i wręczył kubek letniej rumiankowej herbaty.
- Widzę, że już chyba lepiej. Spałaś tak na tych kafelkach dobre 2.5 godziny. Dochodzi 4.30 nad ranem - powiedział -
Nie byłam w stanie nic opowiedzieć, bo oprócz strasznego wycieńczenia nie doskwierało mi nic z sfery fizycznej, więc moje sumienie zaczęło podsuwać pewne niekorzystnie wypadające dla mojej osoby wnioski z poprzedniego wieczoru.
- O Boże ... - wydusiłam w końcu -
- Myślałam że umarłaś - powiedział wkładając moje brudne ciuchy do torby -
W jednej chwili zdałam sobie sprawę że mam na sobie koszulkę, którą on wziął sobie na zmianę. Zatem, podsumowując, zarzygałam cały kibel, w tym samą siebie, wyglądam jakbym nie jadła i nie piła od kilkunastu dekad, miałam podkrążone oczy i pachniałam pewnie jak nie prana przez 2 miesiące bielizna, która przeleżała wraz z strojem piłkarskim mojego brata w koszu zawalonym także ciuchami mojego taty z treningu tenisa. Poczułam się tak żałośnie, że mimo całej wdzięczności wobec jego osoby zapragnęłam żeby sobie po prostu poszedł. Wbiłam wzrok w posadzkę w toalecie, i wtedy on wychodząc z łazienki minął wchodzącą właśnie Natalię.
- Kobieto, nie umarłaś - rzuciła siadając obok mnie
- Bystre spostrzeżenie - rzuciłam jej w odpowiedzi -
- I zaczęłaś nawet mówić. Byłaś taka nieobecna - dodała po chwili -
Pokiwałam jedynie głową.
- Konrad się Tobą zajął, przebrał Cię i w ogóle wszystko. Słodziak z niego.
- Słucham? - powiedziałam być może trochę za głośno.
Niech to szlag - pomyślałam po chwili.
- Wiem, że możesz się czuć trochę dziwnie zważywszy na to, że sprawa przybrała dziwnego obrotu, ale nie ma co się przejmować. Każdy czasem wymiotuje. Ja, Błażej który leży teraz nieprzytomny i przeżywał chyba godzinę, że Ty wielka Mela wymiotowałaś, a on nie. Nawet Konrad, wszyscy.
Zwiesiłam głowę. Do stanu mojej ogólnej beznadziejności, dochodził do fakt, że on mnie rozebrał, zdjął ze mnie moją zarzyganą koszulkę, którą niewyobrażalnie trudno zdejmuje się przez głowę, często zadrżało mi się że stanik zdejmował się wraz z bluzką. Gdybym chociaż w najmniejszym stopniu orientowała się w czasie i przestrzeni, nie dopuściłabym do tego. To, że mógł widzieć moje cycki to już chyba był najmniejszy problem, przynajmniej ogoliłam pachy. Jak to zwykła mawiać moja mama - przezorny, zawsze ubezpieczony.
- Masz do tego ładny stanik dzisiaj, więc chyba nie tak źle hm? I nie wyglądasz wcale tak najgorzej, masz wielkie niebieskie oczy - dodała na odchodnym spoglądając na mnie życzliwie.
Zaczęłam walić teatralnie głową w ścianę obok muszli toaletowej. Wzięłam głęboki wdech i dźwignęłam się w końcu z podłogi. Poczułam się słabo, ale zaczęłam stawiać coraz to większe kroki starając się otrzymać równowagę. Nagle Konrad wparował do łazienki.
- O widzę, że odzyskujesz już siły, dlaczego w ogóle nie tknęłaś herbaty? - spytał spoglądając na kubek z Adamem Małyszem stojący na umywalce.
- Chyba nie zdołam dzisiaj nic przełknąć, a tym bardziej przetrawić.
Uśmiechnął się szeroko.
- Mam dla Ciebie dobrą wiadomość, którą na pewno będziesz mogła, no będziesz musiała przetrawić - dodał łapiąc mnie za rękę i pomagając mi przycupnąć na rogu wanny.Pocałował mnie w czoło i odgarnął przylepione do policzka włosy.
- Pamiętasz, jak mówiłem, że podoba mi się ta dziewczyna, ta blondynka?
Znów zebrało mi się na wymioty.
Melanie Klamann "12 miesięcy"
Siedzę skulona na ławce zielonej w parku, w grudniowy wieczór
Samotnie spoglądam na biały nieskazitelny śnieg, na cudowny puch.
Nie stać mnie na mrugnięcie oka, na jakikolwiek ruch.
Całe życie bym tak przesiedziała, wpatrzona w ludzkie szczęście.
Które egzystowało i kiełkowało dosłownie wszędzie.
Zapamiętałabym życie przez pryzmat ludzkiego do idealności dążenia.
Być może czasem bym powiedziała „dzień dobry” tak od niechcenia.
Jak automat uśmiechałabym się do duszy ludzkich pełnych sztuczności
Karmiących się kłamstwami, błędnym rozumieniem miłości
Wtedy nastałaby wiosna, ciepło spowiłoby wszystko wokoło
Kwiaty by zakwitły, drzewa obrodziły, ptaków śpiew brzmiałby tak wesoło
A ludzie znów obdarowywali mnie sztucznymi gestami życzliwości
W marzeniach obłudnych, pod wpływem ludzkiej chciwości
Obojętnie zmierzaliby do własnego świata, pozostawiając mnie samotnie.
W kwietniowe słoneczne popołudnie, które po zimie smakowało tak rozkosznie.
Zrobiło się tak przyjemnie ciepło, wraz z cieniem drzew na zielonej ławce
Przyglądałabym się pięknie życia, oraz słońcu, jego życiodajnej matce
Jak spowija swoje płodne dzieci w naturalnym swoim blasku
Na naturę, opiewaną śpiewem skowronków, nie potrzebujących poklasku
I znów na rozgoryczonych egoistycznych ludzi, mojego gatunku
zupełnie nie przypominających ludzi wolnych, z Bożego stworzenia malunku.
Potem w zachwycające jesiennie wieczory w ciepłej czerwieni tonacji i złocie
w zniecierpliwieniu marzyłabym o rezygnacji, poddaniu się, do domu powrocie
I znów nastałaby zima, a ja wciąż w parku na tej zielonej ławce
W końcu podszedł do mnie młody uśmiechnięty mężczyzna z gitarą.
Spytałby czy nie potrzeba mi towarzystwa, z sercem i wiarą
Zagrałby piosenkę o wolności i pięknie ludzkich uczuć, głównie miłości.
Wtedy wstałabym z ławki i wróciła do swojego domu na obrzeżach
Myślałabym o tym chłopaku co mnie uwolnił i tonęłabym w marzeniach.
Samotnie spoglądam na biały nieskazitelny śnieg, na cudowny puch.
Nie stać mnie na mrugnięcie oka, na jakikolwiek ruch.
Całe życie bym tak przesiedziała, wpatrzona w ludzkie szczęście.
Które egzystowało i kiełkowało dosłownie wszędzie.
Zapamiętałabym życie przez pryzmat ludzkiego do idealności dążenia.
Być może czasem bym powiedziała „dzień dobry” tak od niechcenia.
Jak automat uśmiechałabym się do duszy ludzkich pełnych sztuczności
Karmiących się kłamstwami, błędnym rozumieniem miłości
Wtedy nastałaby wiosna, ciepło spowiłoby wszystko wokoło
Kwiaty by zakwitły, drzewa obrodziły, ptaków śpiew brzmiałby tak wesoło
A ludzie znów obdarowywali mnie sztucznymi gestami życzliwości
W marzeniach obłudnych, pod wpływem ludzkiej chciwości
Obojętnie zmierzaliby do własnego świata, pozostawiając mnie samotnie.
W kwietniowe słoneczne popołudnie, które po zimie smakowało tak rozkosznie.
Zrobiło się tak przyjemnie ciepło, wraz z cieniem drzew na zielonej ławce
Przyglądałabym się pięknie życia, oraz słońcu, jego życiodajnej matce
Jak spowija swoje płodne dzieci w naturalnym swoim blasku
Na naturę, opiewaną śpiewem skowronków, nie potrzebujących poklasku
I znów na rozgoryczonych egoistycznych ludzi, mojego gatunku
zupełnie nie przypominających ludzi wolnych, z Bożego stworzenia malunku.
Potem w zachwycające jesiennie wieczory w ciepłej czerwieni tonacji i złocie
w zniecierpliwieniu marzyłabym o rezygnacji, poddaniu się, do domu powrocie
I znów nastałaby zima, a ja wciąż w parku na tej zielonej ławce
W końcu podszedł do mnie młody uśmiechnięty mężczyzna z gitarą.
Spytałby czy nie potrzeba mi towarzystwa, z sercem i wiarą
Zagrałby piosenkę o wolności i pięknie ludzkich uczuć, głównie miłości.
Wtedy wstałabym z ławki i wróciła do swojego domu na obrzeżach
Myślałabym o tym chłopaku co mnie uwolnił i tonęłabym w marzeniach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz