Już teraz jestem pewna.
Potrafię podnieść głowę, gdy wokół wieje silny wiatr i piaskiem sypie w oczy.
Gdy tak gładziłam ciepłe jeszcze wgniecenie profilu twojego ciała w pościeli
myślałam nad tym, czy już zaraz zacznie być chłodne, mniej widoczne, pocznie zanikać.
Aż w końcu już zupełnie go nie będzie.
Lecz po chwili wróciłeś, znów obok mnie się położyłeś i objąłeś mnie ramieniem.
przycisnąłeś mnie tak mocno, że obawiałam się podnieść głowę, by spojrzeć Ci w oczy.
Wtedy jednak, siłą woli, zdobyłam się na to, a Ty odgarnąwszy moje włosy z czoła, pocałowałeś mnie.
Twoje ciepłe wargi lekko przesuwały się po moich, a ja nawet nie wiedziałam ile przyjdzie mi potem znieść...
za tę jedną niezapomnianą chwilę przyjemności i zapomnienia.
Melanie Klamann "12 miesięcy"
Siedzę skulona na ławce zielonej w parku, w grudniowy wieczór
Samotnie spoglądam na biały nieskazitelny śnieg, na cudowny puch.
Nie stać mnie na mrugnięcie oka, na jakikolwiek ruch.
Całe życie bym tak przesiedziała, wpatrzona w ludzkie szczęście.
Które egzystowało i kiełkowało dosłownie wszędzie.
Zapamiętałabym życie przez pryzmat ludzkiego do idealności dążenia.
Być może czasem bym powiedziała „dzień dobry” tak od niechcenia.
Jak automat uśmiechałabym się do duszy ludzkich pełnych sztuczności
Karmiących się kłamstwami, błędnym rozumieniem miłości
Wtedy nastałaby wiosna, ciepło spowiłoby wszystko wokoło
Kwiaty by zakwitły, drzewa obrodziły, ptaków śpiew brzmiałby tak wesoło
A ludzie znów obdarowywali mnie sztucznymi gestami życzliwości
W marzeniach obłudnych, pod wpływem ludzkiej chciwości
Obojętnie zmierzaliby do własnego świata, pozostawiając mnie samotnie.
W kwietniowe słoneczne popołudnie, które po zimie smakowało tak rozkosznie.
Zrobiło się tak przyjemnie ciepło, wraz z cieniem drzew na zielonej ławce
Przyglądałabym się pięknie życia, oraz słońcu, jego życiodajnej matce
Jak spowija swoje płodne dzieci w naturalnym swoim blasku
Na naturę, opiewaną śpiewem skowronków, nie potrzebujących poklasku
I znów na rozgoryczonych egoistycznych ludzi, mojego gatunku
zupełnie nie przypominających ludzi wolnych, z Bożego stworzenia malunku.
Potem w zachwycające jesiennie wieczory w ciepłej czerwieni tonacji i złocie
w zniecierpliwieniu marzyłabym o rezygnacji, poddaniu się, do domu powrocie
I znów nastałaby zima, a ja wciąż w parku na tej zielonej ławce
W końcu podszedł do mnie młody uśmiechnięty mężczyzna z gitarą.
Spytałby czy nie potrzeba mi towarzystwa, z sercem i wiarą
Zagrałby piosenkę o wolności i pięknie ludzkich uczuć, głównie miłości.
Wtedy wstałabym z ławki i wróciła do swojego domu na obrzeżach
Myślałabym o tym chłopaku co mnie uwolnił i tonęłabym w marzeniach.
Samotnie spoglądam na biały nieskazitelny śnieg, na cudowny puch.
Nie stać mnie na mrugnięcie oka, na jakikolwiek ruch.
Całe życie bym tak przesiedziała, wpatrzona w ludzkie szczęście.
Które egzystowało i kiełkowało dosłownie wszędzie.
Zapamiętałabym życie przez pryzmat ludzkiego do idealności dążenia.
Być może czasem bym powiedziała „dzień dobry” tak od niechcenia.
Jak automat uśmiechałabym się do duszy ludzkich pełnych sztuczności
Karmiących się kłamstwami, błędnym rozumieniem miłości
Wtedy nastałaby wiosna, ciepło spowiłoby wszystko wokoło
Kwiaty by zakwitły, drzewa obrodziły, ptaków śpiew brzmiałby tak wesoło
A ludzie znów obdarowywali mnie sztucznymi gestami życzliwości
W marzeniach obłudnych, pod wpływem ludzkiej chciwości
Obojętnie zmierzaliby do własnego świata, pozostawiając mnie samotnie.
W kwietniowe słoneczne popołudnie, które po zimie smakowało tak rozkosznie.
Zrobiło się tak przyjemnie ciepło, wraz z cieniem drzew na zielonej ławce
Przyglądałabym się pięknie życia, oraz słońcu, jego życiodajnej matce
Jak spowija swoje płodne dzieci w naturalnym swoim blasku
Na naturę, opiewaną śpiewem skowronków, nie potrzebujących poklasku
I znów na rozgoryczonych egoistycznych ludzi, mojego gatunku
zupełnie nie przypominających ludzi wolnych, z Bożego stworzenia malunku.
Potem w zachwycające jesiennie wieczory w ciepłej czerwieni tonacji i złocie
w zniecierpliwieniu marzyłabym o rezygnacji, poddaniu się, do domu powrocie
I znów nastałaby zima, a ja wciąż w parku na tej zielonej ławce
W końcu podszedł do mnie młody uśmiechnięty mężczyzna z gitarą.
Spytałby czy nie potrzeba mi towarzystwa, z sercem i wiarą
Zagrałby piosenkę o wolności i pięknie ludzkich uczuć, głównie miłości.
Wtedy wstałabym z ławki i wróciła do swojego domu na obrzeżach
Myślałabym o tym chłopaku co mnie uwolnił i tonęłabym w marzeniach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz