Melanie Klamann "12 miesięcy"

Siedzę skulona na ławce zielonej w parku, w grudniowy wieczór
Samotnie spoglądam na biały nieskazitelny śnieg, na cudowny puch.
Nie stać mnie na mrugnięcie oka, na jakikolwiek ruch.
Całe życie bym tak przesiedziała, wpatrzona w ludzkie szczęście.
Które egzystowało i kiełkowało dosłownie wszędzie.
Zapamiętałabym życie przez pryzmat ludzkiego do idealności dążenia.
Być może czasem bym powiedziała „dzień dobry” tak od niechcenia.
Jak automat uśmiechałabym się do duszy ludzkich pełnych sztuczności
Karmiących się kłamstwami, błędnym rozumieniem miłości
Wtedy nastałaby wiosna, ciepło spowiłoby wszystko wokoło
Kwiaty by zakwitły, drzewa obrodziły, ptaków śpiew brzmiałby tak wesoło
A ludzie znów obdarowywali mnie sztucznymi gestami życzliwości
W marzeniach obłudnych, pod wpływem ludzkiej chciwości
Obojętnie zmierzaliby do własnego świata, pozostawiając mnie samotnie.
W kwietniowe słoneczne popołudnie, które po zimie smakowało tak rozkosznie.
Zrobiło się tak przyjemnie ciepło, wraz z cieniem drzew na zielonej ławce
Przyglądałabym się pięknie życia, oraz słońcu, jego życiodajnej matce
Jak spowija swoje płodne dzieci w naturalnym swoim blasku
Na naturę, opiewaną śpiewem skowronków, nie potrzebujących poklasku
I znów na rozgoryczonych egoistycznych ludzi, mojego gatunku
zupełnie nie przypominających ludzi wolnych, z Bożego stworzenia malunku.
Potem w zachwycające jesiennie wieczory w ciepłej czerwieni tonacji i złocie
w zniecierpliwieniu marzyłabym o rezygnacji, poddaniu się, do domu powrocie
I znów nastałaby zima, a ja wciąż w parku na tej zielonej ławce
W końcu podszedł do mnie młody uśmiechnięty mężczyzna z gitarą.
Spytałby czy nie potrzeba mi towarzystwa, z sercem i wiarą
Zagrałby piosenkę o wolności i pięknie ludzkich uczuć, głównie miłości.
Wtedy wstałabym z ławki i wróciła do swojego domu na obrzeżach
Myślałabym o tym chłopaku co mnie uwolnił i tonęłabym w marzeniach.

poniedziałek, 21 czerwca 2010



"Shoot" Melanie Klamann

Zastrzel mnie, naciśnij spust, pozwól kuli płynąć
Patrz mi głęboko w oczy, nie pozwól jej mnie minąć
Traf mnie mocno, niech moje ciało zadrga jak struna
szarpnięta przez dłoń silną, nade mną bogini Fortuna
Los jest zmienny, po mym ciele płynie cierpka krew gorąca
Czysta, czerwona, metaliczna, jak ziemia miodem płynąca
Urodzajna, dostatnia, zaspokajająca, jak ta ulga nieprzebrana
Śmierć, ukojenie, czeluść świata która dotąd była nam nieznana
Jak z bólu umierać można, skoro jest się duchowo martwym?
Widzisz jednak ciałem nieśmiertelnym, w słowach zawartym
Z ust tych, którzy wciąż Cię wspominają, z łez tych co wciąż pamiętają.
Wiesz, że kochać Cię będą, pamiętać Twe życie, Twe słowa, Twe oblicze
Twoje uczynki, Twoją pomocną dłoń, palące się na grobie znicze
Twoje sukces, Serc pragnienia, rudawe pukle na skroniach
Twoją miłość, Twą namiętność, widok łez na złożonych dłoniach.
Nie pozwól im zapomnieć, jak słowa wplatałeś w cichy szept pamięci.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz